Chorwacja… jak tam nie wracać? Riwiera Makarska. Część 1 – droga

W pięknej Chorwacji bywamy dość regularnie. Nie co rok, ale raz na klika lat. W sumie byliśmy tam już cztery czy pięć razy. Zawsze jest pięknie, słonecznie i co dla nas ważne… smacznie. Niezależnie czy gotujemy sami, jak w poprzedniej opowieści z chorwackiej ziemi (Chorwacja, piękno i smaki półwyspu Peljesac, część 1. oraz dalsze), czy też żywimy się w hotelu, tak jak to zrobiliśmy tym razem.

Chcieliśmy tylko jednego… odpoczynku od codzienności i od pogoni za… właściwie to nie wiem za czym? Nasze życie wygląda jak pogoń, a domyślam się, że nie jesteśmy jedyni. Pewnie znacie to z autopsji. Jednak teraz, przenieśmy się w inny świat. Świat relaksu, pięknych widoków, słońca i wybornego jedzenia.

Wyjazd

Tradycyjnie już, startując z Lublina pierwszym przystankiem i oknem na świat jest Kraków. Wyjechaliśmy więc w środku dnia aby koło 16:30 doładować auto na stacji usytuowanej obok centrum handlowego Witek w Krakowie. Dzięki naszemu partnerowi, firmie ELOCITY, mogliśmy bez stresu, używając ich doskonałej aplikacji, uruchomić sesję ładowania i zwiększyć zasoby energii w naszej baterii trakcyjnej. Tak, aby rano (ruszyliśmy koło godziny 5:30), jechać już prosto na autostradę w kierunku Katowic i nie zatrzymywać się na ładowanie.

Podczas uzupełniania energii w Witku, nasz niezmordowany Leon, jednak uległ zmęczeniu, (choć to dopiero początek naszej wyprawy), i przymknął nieco oczy:)

Po przenocowaniu w Krakowie z samego rana, ruszyliśmy w końcu w trasę. Kierunek Czechy, czyli jak zwykle. Można do Chorwacji jeździć przez Słowację. Jednak my postanowiliśmy obrać nieco inną drogę. Czechy, potem Austria, a za Wiedniem odbijamy ostro w bok, na nocleg na węgierskiej ziemi. Po czym kierujemy się prościutko do Chorwacji na Riwierę Makarską. Nie jest to najprostsza czy najkrótsza droga. Ale my nie jeździmy prosto ani łatwo. Jeździmy tam gdzie pięknie i smacznie. To nasz główny cel. Dodatkowe kilkaset kilometrów? Nie jest to dla nas żaden problem.

Opuszczamy Polskę

Nasz ostatni przystanek na polskiej ziemi, to stacja UNIWAR, dosłownie 2-3 km od granicy z Czechami. To nasze niedawne odkrycie, i ostatnie miejsce w kraju, gdzie można naładować się w Polsce, na mocnej stacji DC (oczywiście za pomocą apki od ELOCITY). Z tego co kojarzę, jej moc to aż 180 kW. Choć nigdy tyle nie osiągnęliśmy. To miejsce, to jakby trzy w jednym. Mamy tu i ładowarkę, i stację benzynową z czystymi toaletami i niezłą kawą. Mamy też obok restaurację McDonalds. Jeśli ktoś lubi tego typu jedzenie. My nie przepadamy, tak więc moja żona zabrała coś na ząb z domu. Pyszne kiełbaski w cieście, oraz ogórki małosolne w towarzystwie dorodnych rzodkiewek. Może nietypowy zestaw, ale akurat na takie smakołyki mieliśmy ochotę. Tak więc, auto się ładowało a my zajadaliśmy same smakowitości:) W domowym wydaniu.

Po obcych krajach

Naładowani i najedzeni:), przekroczyliśmy granicę z Czechami. Moja żona twierdzi, że kiedy tylko przekraczam tą granicę, od razu zmienia mi się wyraz twarzy. Na taki bardziej szczęśliwy. Może to świadomość tego, że zaraz otoczy mnie wyborne piwo, pyszne knedliki i inne czeskie specjały? Zapewne tak…

Po drodze, oczywiście ładowania na czeskich stacjach Supercharger. Między innymi na nowo otwartym Superchargerze w Ostravie, tuż obok wielkiego centrum handlowego AVION. Kiedy auto się ładuje, a są tu same stacje w najnowszej wersji V4 o mocy 250 kW – każda, my hasamy po sklepach. Tuż obok ładowarek znajduje się McDonalds, ale kto by tam jadł takie rzeczy w podróży, gdy można liczyć na znacznie lepsze i zdrowsze smakołyki:)

Na prawo od Superchargera, znajdują się również ładowarki sieci IONITY, jest ich sześć. Każda o mocy do 350 kW. Kiedy więc samochód jest podpięty, aby uzupełnić elektrony w baterii, my oddajemy się zakupom. Mamy tu w Centrum AVION, wielki sklep spożywczy, o nazwie ALBERT. Jeden z naszych ulubionych, bo oprócz tego, że są tu całkiem przyzwoite ceny, to zaopatrzenie jest wręcz oszałamiające.

Tanie owoce, wina za 12 złotych, za butelkę, wyborne pieczywo i pyszne „Utopence”, czyli kiełbaski zamarynowane na ostro (taką wersję wybraliśmy), z dodatkiem ostrej papryczki i cebulki. Na śniadanie wręcz wyborne. Spoczywają w słoiku i u nas w PL są raczej niespotykanym daniem. W Czechach są zaś bardzo popularne.

Zachęcamy więc do odwiedzenia tego miejsca, bo zakupy-zakupami, ale można tu złapać oddech, coś przekąsić, no i najważniejsze, czyli naładować Wasze auto elektryczne. Niezależnie czy to na Superchargerze Tesli, czy na stacjach od IONITY.

Brno i wielkie atrakcje Centrum OLYMPIA

Kolejny przystanek. Mieliśmy szczęście i to wielkie. Z racji zakupowych zainteresowań, kolejnym punktem programu a jednocześnie ładowania, jest centrum handlowe OLYMPIA. Ogromna ilość ładowarek Tesli w wersjach zarówno V3 jak i V4. A tuż obok przepastne centrum handlowe, po którym można chodzić dosłownie godzinami. Niezliczona ilość sklepów, no i oczywiście Albert, ale tym razem, nie było już czasu na zakupy. Szybkie doładowanie do 80% SOC i ruszyliśmy dalej. Często nie ma sensu ładować więcej niż 80%. Ostatnio właśnie tak jeżdżę. Nasza Tesla od 19 do 80% ładuje się w dokładnie 22 minuty. Nie ma więc sensu siedzieć dłużej, bo to spokojnie wystarczy aby jechać komfortowo dalej. Supercharger Brno, to w sumie 20 stanowisk. 8 w wersji V3 oraz 12 nowych w wersji V4.

Poniżej zobaczycie przykład szybkiego ładowania Tesli 3 i to 7 letniej. Zdjęcia zrobiłem przy okazji wyjazdu do Włoch, ale właśnie na Superchargerze w Brnie, pod centrum OLYMPIA. Generalnie, chodzi o zasadę ładowania do 80% stanu baterii. Na więcej szkoda czasu. Chyba, że robicie zakupy, lub wcinacie czeski obiad. Moc ładowania była również zacna, przyznacie sami. Aż 251 kW, to niezły wynik, jak na dość leciwą trójkę. Później już niestety moc spada, więc szkoda czasu na stanie i ładowanie do 90 czy 100%.

Przejdźmy do atrakcji

Kiedy przyjechaliśmy do Brna i ustawiłem auto do ładowania, tuż obok wejścia, odkryliśmy prawdziwy teslowy skarb:)

Tesla Cybertruck oraz robot Optimus, były tego dnia niekwestionowaną atrakcją centrum OLYMPIA. Cybertruck był naprawdę oblegany. Robił niesamowite wrażenie, na wszystkich zwiedzających. Ogromny, stalowy, robiący naprawdę niesamowite wrażenie. Czuć tu moc, a wykonanie karoserii ze stali, to coś co jest właściwie niespotykane w świecie motoryzacji.

Optimus, też robił wrażenie na zwiedzających. Nie można go było dotykać, nad wszystkim czuwał miły pan z Tesli Brno. Choć chętnych do sprawdzenia z czego wykonany jest robot, nie brakowało:)

Po wejściu do środka Centrum, znów miłe zaskoczenie. Okazało się bowiem, że trafiliśmy na elektromobilne dni i wielką wystawę aut EV. Były takie marki jak oczywiście Tesla, ale również Ford, Kia i wiele innych. Wszystkie auta wyglądały niesamowicie. Wypucowane do połysku, błyszczały jak gwiazdy, będąc niekwestionowaną atrakcją OLYMPII.

Witamy na Węgrzech

Czechy przywitały nas atrakcjami ale trzeba było jechać dalej. Węgry już czekały i to właśnie tam, mieliśmy spędzić noc. Jednak najpierw, trzeba było zatrzymać się na mały odpoczynek. Wybór padł na stację… ORLEN. Tak stacje naszego „narodowego operatora” znajdziemy również na Węgrzech. Zakupiliśmy tu całkiem niezłą kanapkę i butelkę Coli. Zapłaciliśmy naprawdę grube tysiące za ten posiłek:) A tak na poważnie, nasz rachunek opiewał na 25 złotych. Czy to dużo za taki zestaw? Oceńcie sami. Kanapką najedliśmy się obydwoje z żoną. Była dość duża. A Cola? Cóż, jak to Cola, dała energię z cukru i zabawną etykietę Norbi:) Czas jechać dalej.

Węgierski nocleg

Nasz wybór padł na hotel Bonvital Wellnes&Gastro Hotel w miejscowości Heviz. To czterogwiazdkowy obiekt, znajdujący się przy deptaku. Nie można tu wjechać autem, chyba że ma się niezbędne pozwolenie i pilot do szlabanu. Sam hotel mieści się w kamienicy, ciągnącej się wzdłuż ulicy Rakoczi. Jest tu spokojnie i jak wspomniałem nie ma aut. Tylko ruch pieszy. Zdarzają się pojedyncze pojazdy, zapewne mieszkańców z pozwoleniem na wjazd. Na ulicy mamy też lokalne sklepiki z dużą ilością ubrań, głównie dla Pań:)

Hotelowe pokoje są wygodne. Wyposażone w duże łóżka. Mieliśmy również niewielki balkon z widokiem na ulicę. Co do łazienek to nie mamy żadnych zastrzeżeń. Dość przestronne. Czyste i funkcjonalne. Z dużym prysznicem, co jest niewątpliwym plusem tego obiektu. ogólnie bardzo fajny hotel z miłą obsługą, strefa SPA i dobrą kuchnią ale o tym poniżej.

W hotelu, jak wspomniałem, jest również SPA, z którego oczywiście skorzystaliśmy. Było prawie pusto, bo poszliśmy tam dość późno. Idealne wyczucie czasu. Basen, leżaki dla relaksu, bąbelki… jest tu wszystko co potrzebne, aby spędzić godzinkę czasu przed snem i zrelaksować się nieco. Zapewniam, że taka godzinka spowoduje to, że będziecie spać całą noc, nie przymierzając jak niemowlaki:). Obudzicie się rano, w wybornym nastroju a wasze ciało, podziękuje Wam za to, że mogło odpocząć i zregenerować się nieco w basenie, czy jacuzzi.

Jedzonko…

Zarówno późna kolacja, którą dostaliśmy dodatkowo w hotelu, jak i śniadanie były na dobrym europejskim poziomie. Wybór dań był dość duży, a samo jedzenie smaczne. Niw wszystko tu pali jak ogień, z czym często kojarzone są dania kuchni węgierskiej. Dla mnie, lubiącego dania „na ostro” było idealnie. Dla mojej żony, która jest znaczeni mniej odporna na kapsaicynę zawartą w ostrych papryczkach, również jedzenie nie sprawiało żadnego problemu. Było tak, jak być powinno.

Śniadanie to historia dobrobytu w wydaniu węgierskim. Mnóstwo właściwie wszystkiego. Na ciepło, na zimno, co kto lubi. Naszą uwagę zwróciła biała i przepyszna papryka. Doskonała na surowo. Chrupałem ją na śniadanie z prawdziwą przyjemnością.

Postanowiłem spróbować wszystkiego po trochu. Wędliny, pieczywo, papryka, kiełbasa (ta była dość ostra), rzeczy smażone, jak ser, czy francuskie tosty a nawet kasza manna z sokiem malinowym. Kiełbaski czy jajecznica, to hotelowe standardy. Była też fasolka na ciepło, czyli coś co docenią Brytyjczycy. Ogólnie – dobrze, dużo i ze smakiem. Mieli też doskonałe pasztety, choć dla mnie były nieco zbyt intensywne w smaku. Ale widocznie tu, tak się je robi…

Co do auta…

Stało sobie wygodnie na zamkniętym, za dwoma zamykanymi na pilota bramami parkingu. To bardzo bezpieczne rozwiązanie, niestety sam parking, jest oddalony od hotelu o jakieś 300 metrów, no może 400. Ale za to parking mieliśmy za darmo. Po zapakowaniu bagaży do auta, tuż po obfitym śniadaniu (spacerek do auta był na wagę złota), zwiedziliśmy jeszcze tutejszy park z gorącymi źródłami.

Całodzienny wypoczynek nad gorącymi źródłami, ale nie dla nas

W Heviz mamy przepiękny park, bardzo zadbany, w którym znajduje się coś w rodzaju jeziora i gorące źródła, jako miły i ciepły dodatek. Woda w jeziorze dzięki temu jest cieplutka jak zupa. Tutejsza woda jest bardzo zdrowa, ale do kąpieli a nie do picia:) Zawiera bowiem wapń, magnez, siarkę oraz naturalny radon. Dlatego miejsce to od dawna uważane jest za lecznicze. Mimo, że woda pomaga w wielu dolegliwościach, nie zaleca się zbyt długiego pobytu w niej. Jest bardzo mineralna i kąpiele powinny być dość krótkie. Poza tym samo jezioro ma u ujścia głębokość prawie 38 metrów, więc zalecana jest duża ostrożność.

Całodzienny pobyt w tym miejscu, gdzie znajdziemy na brzegu mnóstwo leżaków i będziemy mogli się tu wylegiwać i kąpać na zmianę, kosztuje około 76 złotych (7000 forintów węgierskich). nie jest to więc jakiś wielki wydatek, bacząc na zdrowotne właściwości gorących tutejszych źródeł.

Sormas – wyjątkowy Supercharger

Naszym kolejnym przystankiem w drodze do Chorwacji był Supercharger w miejscowości Sormas. To miejsce wyjątkowe, kolorowe, ciepłe, po prostu piękne. Mamy tu restaurację oraz hotel, niestety nigdy tu nie nocowaliśmy. Jednak skłaniamy się ku temu, aby choć raz przespać tu noc, naładować auto i zjeść rano pyszne węgierskie śniadanie, jak mniemam:)

Zobaczcie sami, jak tu pięknie. Mamy dużo zieleni, jest bardzo czysto, teren widać, że jest zadbany i zarządzany z głową. Dobry gospodarz, to podstawa. No i mamy tu również dużo zwierząt, coś w rodzaju mini ZOO. jest niewielki staw z rybami. Jest lasek, i zwierzęta odpoczywające w cieniu drzew.

Tutejsza restauracja ma na zapleczu miejsce wyjątkowe i rzadko spotykane. To ogród z warzywami i ziołami. Są one wykorzystywane, do przyrządzania dań, którymi jesteśmy potem karmieni. Czysto, ekologicznie, smacznie i z głową… Wszystko wygląda na bardzo zadbane i uporządkowane. Zioła są bujne i naprawdę dorodne a w powietrzu gorącego węgierskiego lata czuć rozmaryn, tymianek i oregano. Wyjątkowe letnie zapachy

Chorwacja, jak zwykle słoneczna

Znów w trasie. nasza Tesla naładowała się szybko na SuC Sormas, i ruszyliśmy dalej. Przejechaliśmy przez starą granicę, choć można nie zjeżdżać z autostrady i jechać zupełnie bezkolizyjnie. Ale warto czasami zjechać na 5 minut i zobaczyć i powspominać. Dziś granica węgiersko-chorwacka, świeci pustkami, jakby zupełnie opuszczona. To był smutny widok, bo pamiętamy czasy, kiedy celnicy nieźle trzepali tu samochody przekraczające ową granicę. Dziś po prostu gonimy 130/h, i mijamy to zapomniane miejsce. Zapewne tak zrobimy następnym razem. No i wreszcie jest…

Po drodze mijamy piękne widoki. Jeszcze na terenie Węgier znajdują się i to w dużej ilości, przepiękne pola maków. Zobaczcie sami. Takie cuda tylko na Węgrzech. W Chorwacji krajobraz zmieniał się dość szybko, na ten zupełnie inny. Bardziej jałowy, mniej zielony i bardziej śródziemnomorski.

Tunel, który znają miliony ludzi

Po przejechaniu kolejnych kilometrów, w końcu trafiamy na miejsce emblematyczne. Znane wszystkim miłośnikom Chorwacji. To długi tunel Sveti Rok. Liczący prawie 5,7 km tunel, rozdziela kontynentalną krainę zwaną Lika, (czyli klimat kontynentalny), od Dalmacji z jej łagodnym klimatem śródziemnomorskim. Tunel przebija masyw Velebitu, czyli najwyższe pasmo górskie w Chorwacji. Różnicę widać gołym okiem. Bo kiedy wjeżdżamy do tunelu, żegna nas chłodniejsza kontynentalna pogoda. Kiedy zaś z niego wyjeżdżamy, po chwili termometr w naszym aucie pokazuje temperaturę o kilka stopni wyższą. No i to słońce, które od razu atakuje nasze oczy, tak że musimy zmienić zwykłe okulary, na te przeciwsłoneczne. Tunel po prostu dzieli dwa światy. Nam bardziej podoba się ten, który widzimy po wyjeździe z tunelu, i to zdecydowanie…

Kiedy człowiek przejeżdża przez tunel, ukazuje się już zupełnie inny widok niż ten który podziwiał jeszcze 10 minut wcześniej. jest bardziej surowo, ale pięknie. Pogoda dopisuje, temperatura rośnie a my połykamy kolejne elektro-kilometry. Musimy się również czasami naładować, jak tu, w nieco smutnym miejscu przy hotelu w miejscowości Dugopolje. To taki Supercharger w którym staramy się spędzić jak najmniej czasu. Nic tu nie ma. Hotel, parking i w sumie tyle. Tak więc ładujemy tylko tyle ile musimy i szybko wracamy na autostradę. To już nasze ostatnie ładowanie, za 80 km będziemy w hotelu.

Po przejechaniu kolejnych 80 km, docieramy do celu. To miejscowość Podgora, położona na tak zwanej Riwierze Makarskiej. U stóp masywu Biokovo, który wznosi się ma wysokość aż 1762 metrów. Po rozpakowaniu auta w naszym hotelu i odstawieniu go na darmowy parking, podziwialiśmy widoki. Niesamowite, wręcz zachwycające… ale o tym w następnej części opowieści z Riwiery Makarskiej. Teraz tylko mała próbka, tak dla zaostrzenia apetytu…

Koniec części 1… nie ostatniej, dopiero się rozkręcam:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *