Dlaczego taki tytuł? Dlaczego kraina włoskich przebojów? W końcu przeboje można pisać gdziekolwiek. I zapewne tak się dzieje… ale to właśnie w Ligurii a konkretnie w miejscowości San Remo, odbywa się konkurs włoskiej piosenki. I to właśnie tutaj zbierają się najzdolniejsi włoscy wykonawcy. Po to aby konkurować ze sobą o miano najlepszego przeboju w wykonaniu – najlepszego artysty.
Annalisa, Fede, Moda, Il Volo, Irama, Sarah Toscano czy Achille Lauro… to tylko garstka zdolnych włoskich piosenkarzy, którzy co roku stają w szranki właśnie w San Remo. I my tam byliśmy i sporo widzieliśmy… ale od początku!
Włoski apartament… całkiem fajny
Dojechaliśmy… po tysiącach kilometrów ( dokładnie około 2000 km:), przejechanych po drogach Europy, w końcu dotarliśmy do naszego apartamentu. Miejscowość San Bartolomeo Al Mare, położona tuż nad morzem. Kiedy tu dotarliśmy temperatury sięgały ponad 40 stopni Celsjusza. Prawdziwe upalne włoskie lato. Ale czy nie o to w końcu chodzi? O ciepło, słońce, morze, piękne widoki, pyszne lokalne jedzenie i wyborne wina? No właśnie… chyba wszyscy się z tym zgodzimy, że to wszystko razem, to esencja udanego wypoczynku z daleka od domu.
Nasz apartament okazał się mieszkaniem, nie za wielkim, na drugim piętrze apartamentowca, znajdującego się dosłownie jakieś 40-50 metrów od morza. Jak to się mówi? Rzut kamieniem – chyba tak. I faktycznie było bardzo blisko.
Widok mieliśmy przepiękny. Nieco nazwijmy to „boczny” ale nasz balkon położony był na zachód, więc mogliśmy siedzieć do wieczora w promieniach zachodzącego słońca. Na balkonie mieliśmy super wygodne leżaki i mały stylowy stoliczek. Do tego Aperol, słońce, relaks… piękne wspomnienia.


Wewnątrz mieliśmy do dyspozycji mały salon połączony z aneksem kuchennym, przedpokój, sypialnie z naprawdę wygodnym łóżkiem i dość dużą łazienkę wyposażoną w pralkę. Umeblowanie było wystarczające a wyposażenie kuchni pozwalało wyczarować naprawdę wyborne dania, o czym przekonacie się już niedługo.





Apartament nie był zbyt wielki, ale bardzo wygodny. Klimatyzacja obecna zarówno w salonie, jak i druga jednostka w sypialni. Miejsce bardzo przyjemne aby spędzić tu dwa tygodnie i poleniuchować nieco, na tutejszej czystej i zadbanej plaży. Nasze auto również miało wielkie szczęście. Okazało się, że do apartamentu przynależy wygodny i przestronny garaż. W którym to było jakieś 30 stopni Celsjusza. Ciepło powiecie… To błąd w rozumowaniu. Na pobliskim parkingu widziałem auta stojące tam cały dzień. A przypomnę że temperatura w cieniu oscylowała między 36 a 43 stopnie Celsjusza. Co oznacza, że jeśli nasza Tesla stałaby na parkingu, w jej wnętrzu każdego dnia, średnio licząc, byłoby nawet 60 stopni na plusie. Dla auta, to zdecydowanie słabe rozwiązanie. Garaż to ogromny plus tego miejsca. Poza tym zamykany garaż, to spokojny sen dla nas w nocy. Auto jest zamknięte i niewidoczne dla ludzi, więc nikogo nie skusi aby na przykład wybić szybę i przeszukać wnętrze. (Taki przypadek spotkał jednego z właścicieli Tesli Model Y w Barcelonie. Przykre i mocno kłopotliwe, szczególnie będąc za granicą.)


W tym bezpiecznym miejscu, byłem pewny że nasza Tesla nie dozna żadnego uszczerbku. Tym bardziej, że na 3 dzień po przyjeździe, okazało się że w Italii zdarzyły się dość niepokojące rzeczy. Chodzi o pogodowe anomalie. Te nie omijają całej Europy ale kiedy jedziesz do słonecznych Włoch, nie spodziewasz się, że po drugiej stronie Italii będzie padać grad wielkości piłek do golfa, który skutecznie wybija szyby i wgniata karoserie w autach. A ostrzeżenia o anomaliach i upałach dotyczyły całego kraju. Informował o tym portal Meteo&Radar Italia. Pokazując niesamowicie wielkie gradowe kule, które siały ogromne zniszczenie.



Jednak wiedząc, że Tesla stoi bezpiecznie w garażu, mogłem się nie obawiać tego typu zdarzeń. Zupełnie inaczej niż, wszyscy ci, których auta zaparkowane były pod chmurką. Ale cóż, nie od dziś wiadomo, że pogoda nieco wariuje w ostatnich latach.
Plaża… naprawdę przyjemne miejsce
Koło naszego apartamentu, tuż obok plaży, znajdował się bardzo długi deptak z ogromną ilością kafejek i restauracji. Dalej za deptakiem były już tylko plaże. Tak – plaże, a nie jedna plaża. Część była prywatna, należąca do miejscowych hoteli. Ale były też obok nas dwie, czy trzy plaże publiczne. Gdzie można było rozbić parasol i wygodnie się ułożyć, aby poleniuchować przez większość dnia. Nie było tłoku i idąc nam morze nawet koło 11:00 spokojnie można było znaleźć miejsce. Plaże są tu szerokie i naprawdę przestronne. Można znaleźć dla siebie miejsce, w którym przeleżymy nawet cały dzień. Niestety w naszym przypadku nie wytrzymalibyśmy aż całego dnia. Temperatury naprawdę dawały się we znaki i choć uwielbiamy ciepło, to okolice 40 – kreski na termometrze były jednak zbyt wysokie, nawet dla nas.





Spacerując po uliczkach miasta, uderzyło nas to, że na każdym kroku natrafialiśmy na piękne kwiaty. Rosły przy ogrodzeniach i sprawiały niesamowite wrażenie. Nie wiem też jak one wytrzymywały tak wysokie temperatury i to przez cały dzień.




Lokalne zakupy
Aby zrobić większe zakupy trzeba było pojechać nieco dalej. Na obrzeża miasta, gdzie znajdowały się większe markety z całkiem sporymi parkingami. W pobliżu nas mieliśmy kilka, nieco mniejszych jednostek handlowych😉. W niektórych można było również robić zakupy z Leonem. Musiał on jednak jechać w specjalnym koszyku dla czworonogów. Co do cen, to nie były zbyt atrakcyjne i te sklepy traktowaliśmy raczej w sposób awaryjny. Większe – główne zakupy, to kwestia do której zaraz przejdziemy.



Zakupowy włoski raj…
Warzywa, wina, makarony, owoce morza… na tym się skupiamy szalejąc po włoskich targowiskach i sklepach. A jest tu na czym oko zawiesić. Uwierzcie mi na słowo.
Ceny dużo atrakcyjniejsze niż u nas. Gin możemy tu kupić za 23,00 zł za butelkę 700 ml. Mowa o cenie Ginu we włoskim Lidlu i to bez żadnych promocji. W naszym Lidlu ten sam trunek, to już cena 39,99 zł. Wina są we Włoszech bardzo dobre. Ich ceny zaczynają się już od 1,29 euro za butelkę, a ceny rzędu 3-4 euro, to tu norma. Warzywa są zawsze przepiękne i bardzo tanie. Kiedy u nas papryka kosztuje w okolicach 20 zł za kilogram, Włosi cieszą się ceną na poziomie 1,99 euro. Co daje jakieś 8,5 złotego za kilogram. Oczywiście nie wszystko jest tańsze, ale mnóstwo podstawowych produktów i warzyw czy owoców ma zdecydowanie niższe ceny niż u nas.
Zresztą zobaczcie na własne oczy, jak to wygląda. Myślę, że zdjęcia warte są 1000 słów😉…









Tak więc nauczeni przez lata doświadczeń, że zakupy robimy we Włoszech, folgujemy sobie tutaj na całego. Z każdego wyjazdu wraca z nami do kraju zapas win, serów, wędlin, mąki i innych produktów, które niestety w naszym kraju kosztują dużo, dużo więcej. Włóczymy się po sklepach, marketach, targach, po prostu wszędzie tam, gdzie można znaleźć wyborne miejscowe produkty. Najczęściej jest taniej niż w Polsce, choć nie zawsze. Jednak pomyślcie sami… czy nie kupilibyście świeżych jeszcze ruszających się krewetek w cenie 9,90 euro za kilogram, lub świeżutkiego tuńczyka, złowionego w nocy, a leżącego na stoisku targowym już od wczesnych godzin porannych w cenie 19,90 euro za kilogram? Wszystko świeże i w naprawdę dobrej cenie.
Powoli się urządzamy…
Pierwsze dni w nowym miejscu, to oczywiście poznawanie terenu:) Łażenie po uliczkach i chłonięcie miejscowej atmosfery, połączone z podziwianiem lokalnych widoków. Tak poznajemy nasze nowe „otoczenie”, w którym spędzimy najbliższe 2 tygodnie. Nowe sklepy, nowe uliczki, nowe knajpki czy kawiarenki, których przecież w Italii nie brakuje. Są właściwie wszędzie, a szczególnie w miejscach takich, jak nadmorskie turystyczne miasteczka. Tymczasem nasze pierwsze lokalne zakupy znajdują swoje miejsce w apartamencie, a właściwie na parapecie w części kuchennej. Można się na nie gapić cały dzień. To jak martwa natura, rodem spod pędzla Paul’a Cézanne’a, lub innych słynnych malarzy. A cytryny tutaj… cóż, są naprawdę słusznych rozmiarów😉


Zaopatrzywszy naszą lodówkę, oraz zrobiwszy słuszny zapas win na najbliższe dni, możemy oddać się słodkiemu leniuchowaniu. Spacerki, kąpiele, wylegiwanie się na plaży… A wieczorami siedzenie na naszym niewielkim „tarasie” z widokiem i popijanie Aperolu lub wina. Co kto woli:)
Tak się kończy druga część naszej opowieści…
Koniec części 2.



