Trentino Alto Adige… czy to na pewno Italia? Część 1

To region piękny i naprawdę niezwykły. Dlaczego zapytacie? Bo byliśmy tam kilka dni (zaledwie i szkoda że tak krótko), ale wcale nie czułem się jak we Włoszech. To był nieco dziwny i dość spontaniczny wyjazd. Ale warty każdego przejechanego kilometra i odwiedzenia każdego miejsca w którym byliśmy. Ale zacznijmy od początku… jak w każdej dobrej opowieści:)

Czas START – skąd, jak nie z Krakowa?

Gród Kraka, to jak wiecie, nasz punkt startowy wielu wyjazdów i okno na świat zachodu i południa Europy. Tym razem również tak było. Początkowo pojechaliśmy tylko na urodziny córki, która właśnie w Krakowie mieszka. Ale kiedy tylko dotarliśmy na miejsce poczuliśmy tu, to co zawsze. Zew wyjazdu – wzywał nas. W sumie dni było niewiele do zagospodarowania, ale kilka było. Trzeba więc było bardzo szybko zdecydować gdzie pojechać, na tyle niedaleko, aby wrócić do domu po 6 dniach. Zwariowane? Nie przeczę… ale ostatnio zaczyna nam to wchodzić w krew😉!

Nasz naturalny wybór – zawsze – to oczywiście smakowita i słoneczna Italia. Ale nie mogliśmy jechać daleko. Dni było zbyt mało na normalną włóczęgę. Trzeba było jechać najbliżej jak się da. Ciuchy na te kilka dni i tak spakowane, ale po co siedzieć w Krakowie, który dobrze znamy, skoro można zobaczyć miejsca w których nigdy jeszcze nie byliśmy. Włochy – blisko? Czyli tylko sama północ tego kraju. A na północy Italii, leży górski region Trentino Alto Adige.

Mieszka w nim coś lekko ponad milion osób, ale turystów i to o każdej porze roku, jest chyba z 5 razy tyle. Takie odniosłem wrażenie, a przecież był listopad. Miesiąc totalnie nie urlopowy, nie wakacyjny i nie turystyczny. A jednak mnogość Austriaków, Niemców, Chińczyków czy Japończyków zaskoczyła nas i to bardzo mocno.

Wyjechaliśmy jak zwykle bardzo wcześnie. O 6:50 rano już ładowaliśmy naszą Teslę na dobrze Wam znanej stacji UNIWAR, gdzie oprócz stacji ładowania, mają również niezłe jedzenie.

Tuż obok znajdziemy też MacDonalda i naprawdę czyste i przyjemne zaplecze w postaci między innymi toalet. Jest też niezła kawa. Stacja jest oddalona od Krakowa o jakieś 142 kilometry. Trasa jednak, to głównie autostrada, więc idzie super błyskawicznie i bez żadnych problemów. Pomijam wieczne remonty na odcinku Kraków – Katowice. Do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Wiemy jak tam jechać😉, szczególnie o 5:00 rano.

Jedzenie było ale nasze śniadanie zaplanowaliśmy gdzie indziej. W końcu o 5:00 nie byliśmy jeszcze zbyt głodni…

OLYMPIA Brno – czeskie (nie do końca) śniadanie

Po przejechaniu kolejnych 187 kilometrów dojechaliśmy do jednego z naszych ulubionych miejsc w Czechach. Chodzi o miejsce gdzie można się naładować, w sensie samochodu, bo jest tam bardzo duży Supercharger. Ale też w sensie naładować baterie – swoje, czyli krótko mówiąc, zjeść coś dobrego na śniadanie. W końcu dobijała dziesiąta. Musieliśmy chwilę poczekać, jakieś 20 minut, do otwarcia miejsca bardzo ciekawego i smacznego kulinarnie. Chodzi o Bageterie Boulevard, czeską sieć, czegoś w rodzaju dość zdrowego fastfoodu. Firma pochodzi z Pragi ale można ją spotkać również w innych miastach.

Mamy tu więc Bagietki, jak z francuskiej piekarni, wypełnione po brzegi pysznościami. My zdecydowaliśmy się na pudełko dla dwojga, gdzie znajdowały się po 4 małe kanapki właśnie z bagietki wypełnionej rostbefem (naprawdę doskonałym w towarzystwie cheddara), druga część pudełeczka pełna była kanapek z kurczakiem i serem pleśniowym w rodzaju gorgonzoli. Wszystko podane na ciepło, mięciutkie i chrupiące. Do tego podano nam ziemniaczki, nie frytki – podkreślam, z pysznym majonezowym sosem. Wszystko grało ze sobą świetnie, jeśli chodzi o smaki. To naprawdę uczciwe i porządne czeskie śniadanie. Zapłaciliśmy 428 koron czeskich, czyli jakieś 73 złote. To 36,5 złotego na osobę. Niedużo, jak na tak smaczny i pożywny posiłek, który miał nas utrzymać przy życiu przez dużą część tego dnia, spędzonego na jeździe po autostradach Europy😉!

Na Superchargerze w Brnie zawsze jest mnóstwo aut. Jesteśmy tam kilka razy w roku i nawet w takim miesiącu, jak listopad – aut Tesli tam nie brakuje. A wprost na przeciwko stacji ładowania Tesli, notorycznie reklamuje się chińska konkurencja, czyli firma BYD ze swoim flagowcem w „rozsądnej cenie” czyli modelem SEAL.

Przystanek długo wyczekiwany – czeski król hoteli…

W miejscowości Karlove Vary byliśmy dwukrotnie. Co w tym pięknym mieście zrobiło na nas największe wrażenie? Niesamowity hotel… o nazwie GRANDHOTEL PUUP.

To miejsce magiczne i wyjątkowe. Z nieziemskim jedzeniem i oczywiście stacjami ładowania aut EV. Przyjechaliśmy naszą BLU ze stanem baterii około 40%. Może niecałe 40%, a może ponad? Dokładnie nie pamiętam. Do rana została ona doładowana prawie do pełna, za kwotę zaledwie 68 złotych. Jaka jest cena kWh? Cena to 10 koron czeskich, czyli jakieś 1,70 zł za 1 kWh. Tak więc wychodzi na to, że pobraliśmy przez noc około 40 kWh energii, aby móc dalej podróżować.

Jak widzicie chętnych do ładowania auta nie brakowało. Coraz więcej osób przyjeżdża w takie miejsca właśnie autami na prąd. Ale przejdźmy do samego hotelu, bo to miejsce magiczne.

GRANDHOTEL PUUP

To właśnie w nim, toczy się akcja filmu z serii James Bond o tytule Casino Royale. Zajechałem więc pod drzwi hotelu w iście bondowskim stylu (ale bezpiecznie😉). Zaraz podszedł do nas pan w liberii i zapytał, czy ma zabrać i naładować nasze auto. Nie oponowałem, bo taki zamysł towarzyszył mi od początku. W końcu musieliśmy naładować Teslę, aby rano móc jechać dalej. Wzięliśmy nasze bagaże a miły Pan zajął się autem. My natomiast razem z Leonardem weszliśmy do wnętrza budynku, który w środku wygląda, jak nie przymierzając pałac… Zresztą z zewnątrz też niczego mu nie brakuje😉!

Pokoje to najwyższa wypoczynkowa półka

Tu mamy dosłownie wszystko. Doskonałe kosmetyki, ogromne i wygodne łóżka, przestronne łazienki z wanną i prysznicem (rzadko w hotelach można spotkać i to i to, raczej mamy wannę lub prysznic). Mamy nawet telefon, tuż koło toalety. Cóż, może James siedząc na „tronie” przyjmował przez niego rozkazy prosto z MI6 z Londynu? Kto wie…😉. Niestety kiedy my byliśmy w hotelu, telefon milczał jak zaklęty. Nie było rozkazów z Londynu, więc mogliśmy się zatopić w czystym i niczym nie zmąconym odpoczynku i relaksie.

A uwierzcie mi – jest tu co robić. Mamy na przykład słynny bar w podziemiach hotelu, czyli Becher’s Bar, podający doskonałe drinki. Nie wiedziałem, że tak dobrze może smakować drink. Rzadko je pijemy, bo gustujemy z żoną raczej w winach. Jednak ta degustacja w ciemno, była doskonałym wyborem. W którym pomógł nam przemiły Pan z obsługi baru. Przyznać trzeba, że zna się na rzeczy i potrafił doskonale trafić w nasze gusta, wcale nas nie znając. To prawdziwy dar hotelowej obsługi, bo zetknęliśmy się z tym co najmniej kilka razy podczas naszego pobytu. Jakby potrafili czytać nam w myślach…

Mamy też strefę SPA

Basen, jacuzzi, leżaki, grota solna… wszystko tu jest. Można się zapomnieć i spędzić tu co najmniej kilka godzin.

Oczywiście w pokoju zastaniecie cały komplet z ciapkami i szlafroczkiem, abyście mogli się wygodnie przebrać i pójść do strefy wypoczynkowej hotelu. Można na piechotę ale są też windy. Stare i stylowe. Ogólnie ten hotel jest niesamowitym miejscem z ponad 300 letnią historią. Tak dobrze widzicie. Ponad 300 letnią. Bywali tu Johann Sebastian Bach, Ludwig van Beethoven, Giacomo Casanova, Niccolò Paganini, Richard Wagner, Napoleon Bonaparte, Otto von Bismarck, Franz Joseph I, Adam Mickiewicz, czy Fryderyk Chopin, a w czasach nico nam bliższych: Robert Redford, Morgan Freeman, John Travolta, Judi Dench, Gérard Depardieu, Catherine Deneuve, Sharon Stone, Uma Thurman, Richard Gere, Helen Mirren, Antonio Banderas, Jude Law, Robert De Niro, Danny DeVito, Keira Knightley, Daniel Craig, Eva Green, Johnny Depp, Jamie Dornan, czy Robert Pattinson… a to tylko część słynnych osobowości, które odwiedziły to wyjątkowe miejsce.

Tak więc można się tu poczuć trochę jak Napoleon Bonaparte a trochę jak James Bond😉. Niezapomniane chwile…

Kulinarna uczta – jak oni to robią?

Jedzenie! Tak chodzi mi o to hotelowe jedzenie. Jest najwyższych lotów. Rewelacja i niebo w gębie. Ale przejdźmy do szczegółów. Po przyjeździe nie byliśmy bardzo głodni, ale wieczorem, to już inna bajka. Niby trzeba rezerwować stoliki itd… ale jakoś nam się udało wejść. Ważna rzecz, w hotelu obowiązuje „dress code” nie idźcie więc do restauracji w krótkich spodenkach i koszulce, rodem z jazdy na deskorolce. Ubierzcie się elegancko. W końcu to miejsce zobowiązuje. Napoleon czy Chopin na bank nie szli na wieczorny posiłek w krótkich gaciach 😉.

W restauracji możecie wybrać menu degustacyjne lub pojedyncze dania z karty. Nasz wybór był… różny. Bo żona wzięła inne dania a ja dla odmiany inne, aby spróbować, jak największej ich ilości. Oczywiście dzieliliśmy się jedzeniem aby odkryć smaki tutejszej wybornej kuchni.

Czekadełko…

Kiedy czekaliśmy na nasze zamówione dania, obsługa kelnerska zafundowała nam miłą niespodziankę. Był to wybór ciepłego jeszcze pieczywa, w towarzystwie masła o smaku pietruszkowym. Coś pysznego, choć bardzo prostego. Jednocześnie podanego w nieco niespotykanej formie…

Taki początek to ja rozumiem. Ale to zaostrzyło tylko nasze apetyty. Pieczywo było doskonałe. Chrupiące z zewnątrz a mięciutkie w środku i jeszcze ciepłe jak wspomniałem. Zapewne tylko podgrzane przed podaniem, ale nawet jeśli, to zrobiło to robotę i efekt był taki, jaki być powinien.

Przystawki, to osobna historia

Wybraliśmy rzeczy bardzo różne. Moja żona zdecydowała się na coś o nazwie „SALMON CEVICHE” a było to nic innego jak Łosoś w roli głównej, w towarzystwie fenkułu , sałaty i innych dodatków i mówię Wam, było to prawdziwe mistrzostwo smaku i aromatu. A łosoś przyrządzony był perfekcyjnie. Ja za to wybrałem coś męskiego, czyli wołowinę. A właściwie wołowe Carpaccio. Jednak było ono niesamowite. Delikatne, aromatyczne z pysznymi ale delikatnymi dodatkami, które nie dominowały w całym daniu a tylko je uzupełniały.

Danie główne – niedużo ale treściwie😉

Ptak… i to duży. Czyli gęś – taki wybór, to pomysł mojej żony. Gęś to przysmak, więc warto było spróbować sposobu w jaki przyrządzają ją Czesi. Mój wybór, to prosty kurczak, a właściwie jego pierś. Nadziewana truflami w towarzystwie kolby kukurydzy. Ale nie byle jakiej, bo pomysłowo wykonanej z polenty. Do tego rozmaite dodatki. Wszystko układało się w jedną zgraną całość, jak symfonia, tylko smaków a nie dźwięków. Cały posiłek był lekki, smakowity, wyważony i w odpowiednim rozmiarze. Sporo dań, lecz niewielkich. Dzięki temu byliśmy najedzeni ale nie przejedzeni. I bardzo zadowoleni. Było warto… zdecydowanie!

Ale to nie koniec… śniadanie to kolejna uczta w tym hotelu

Kiedy wstajesz naprawdę wyspany, no bo łózko jest mega wygodne, a w pokoju cieplutko i przytulnie:), na co masz ochotę z samego rana? No przecież… na dobre, czeskie śniadanie. Czy czeskie, to się zaraz okaże, ale na pewno dobre, a nawet wyśmienite. Wybór? To przeogromna ilość smakołyków.

Mamy tu więc typowe standardy, jak kiełbaski czy jajecznica. Owoce i wyborne wędliny z których próbowałem doskonałego pasztetu czy słynnej praskiej szynki. Czego musicie spróbować będąc tu i jedząc śniadanie? To sok pomarańczowy. Jest tak świeży i dobry, jakby dosłownie przed minutą, ktoś go wycisnął do szklanki. Rewelacja, choć to w końcu zwykły sok. Ja wypiłem 3 szklaneczki i jeśliby była taka możliwość, wziąłbym sobie na drogę, która była jeszcze przed nami, przynajmniej z litr tego niesamowitego soku.

Inne nietypowe smakołyki? W końcu jest tu trochę ciekawostek wręcz nieoczywistych. Na przykład kasza manna, tak zwykła kaszka, jaką karmi się dzieci. W towarzystwie musu z malin i czekoladowych „dropsów”, jest wręcz mistrzostwem świata i prostoty na talerzu jednocześnie. Innym wybitnym przysmakiem nie były wcale kiełbaski czy pieczywo, ani też łosoś, który był naprawdę bardzo dobry. Daniem tym, (prawie jak danie na pocieszenie) były małe i puchate placuszki, coś w rodzaju racuchów. Oblane bogato sosem waniliowym i musem malinowym, z małymi piankami jako wykończenie. Tego musicie spróbować, bo to „niebo w gębie”. Bezapelacyjnie. Choć nie jestem wielkim fanem słodyczy, to takie smakołyki zawsze na mnie działają. Nie wspomnę już o Panna Cocie z musem malinowym, która idealnie zwieńcza śniadanie dając kontrapunkcik smakowy, do kawy, której akurat ja nie słodzę.

Przyznacie sami, że poranny posiłek jedzony w takim anturażu, robi niezapomniane wrażenie. To czysta elegancja, połączona z rzeczami prostymi w smaku, których nieoczywiste połączenie daje czasami niesamowity wręcz efekt. Bo kto by pomyślał, że małe puchate racuszki, czy talerzyk kaszy dadzą Wam tyle radości i głębi smaku? Sam nie wierzyłem, ale musiałem tego spróbować. Efekt zadowolił mnie zdecydowanie i to więcej niż w 100%.

Ten hotel to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Jeśli wasze auto kiedyś Was tu zawiezie, zdecydowanie warto się zatrzymać w Grandhotel Puup. Na pewno nie będziecie tego żałować…

Dalsza droga… przez Niemcy

Po wyjeździe z Czech skierowaliśmy się w stronę niemieckiej ziemi. Chcieliśmy tylko przeskoczyć na szybko przez Niemcy aby od północy wjechać do Austrii. Ładowaliśmy się w Niemczech dwa razy, na Superchargerach Tesli. Zupełnie przypadkowych i nie planowanych. Raz na zwykłej stacji benzynowej, gdzie tuż za nią ukazał nam się widok piękny dla elektromobilisty. Były to oprócz mnogości stacji Tesli, inne stacje w naprawdę dużej ilości. Chodzi o dość popularną w Europie sieć Allego i jej ładowarki marki Aplitronic. Poza tym sama stacja benzynowa miała dość ciekawe wzornictwo😉. Zobaczcie sami…

Kolejnym przystankiem było dobrze zaopatrzone centrum handlowe w miejscowości Schwandorf, a właściwie gdzieś na jej wschodnich obrzeżach. Centrum Handlowe o nazwie Globus, nieco nas rozczarowało. Nie tolerowało bowiem psów. W ogóle, nawet tak małych jak nasz 3,5 kg Leonard. Mimo, że cały czas trzymałem go na rękach, zostałem wyproszony ze sklepu. Nie tylko z części marketowo-spożywczej, ale całkiem z Centrum. Out na zewnątrz, nie tolerujemy psów. Słabe to było, bo jeździmy po całej Europie ale z takim zachowaniem spotkaliśmy się po raz pierwszy.

Pomijając jednak kwestię czworonogów, centrum jest dobrze zaopatrzone i można tu zrobić dobre zakupy. Jednocześnie można coś zjeść. Co prawda my nie byliśmy głodni, ale uderzył nas ogrom miejscowych przysmaków, które kupowali lokalsi. Na przykład kanapka ze śledziem, czy kanapka z Leberkäse. Leberkäse (lub Leberkas) to popularna w Niemczech, szczególnie w Bawarii, pieczeń z drobno mielonego mięsa wieprzowego, wołowego oraz boczku, często podawana w formie kanapki, znanej jako Leberkässemmel. Było tam tego dużo. Naprawdę dużo. I wszyscy to wcinali, chyba na drugie śniadanie, bo była 10:00, kiedy zawitaliśmy do tego przybytku.

Po naładowaniu naszej Tesli, ruszyliśmy w dalszą drogę. W kierunku Austrii.

Austria

Kraj piękny i mający jedne z najbardziej malowniczo położonych stacji Supercharger. To miejsce o nazwie Langkampfen, otoczone górami i pięknymi widokami. Poza tym mamy tu mnóstwo ładowarek a miłym dodatkiem jest Lounge Tesli, czyli miejsce w którym możemy odpocząć i się zrelaksować, kiedy nasze auto się ładuje. Mamy tu też czyste toalety, co podczas długich tras jest nie do przecenienia.

W dalszej drodze mieliśmy jeszcze jedno ładowanie, ale nie będę Was zarzucał zdjęciami ładującej się Tesli. Wiecie jak to wygląda, bo zapewne sami ładujecie się na niezliczonej ilości Superchargerów, podróżując po Europie czy Polsce. No dobra w PL jest zauważalnie gorzej, ale nie ma tragedii i da się jakoś jeździć. Poza tym zawsze można się wspomóc apką na przykład naszego partnera czyli ELOCITY, i użyć innych ładowarek niż tych od Tesli.

Po przejechaniu ponad 200 km w końcu dojechaliśmy do Merano. Naszego docelowego miasta położonego może niezbyt wysoko, bo tylko 325 m.n.p.m, ale za to otoczonego górami, wznoszącymi się aż na 3335 metrów nad poziom morza. To niesamowite widoki gór w jesiennych barwach. Ale o tym w kolejnej części…

Koniec części 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *