Chorwacja… jak tam nie wracać? Riwiera Makarska. Część 4

Nasz czas w chorwackiej Podgorze nieubłaganie dobiegał końca. Szkoda, bo nasz hotel był naprawdę super. Wygodny, z personelem na najwyższym hotelowym poziomie. Wreszcie z wyśmienitą kuchnią, której nie spodziewaliśmy się w hotelu. Tak duże obiekty zazwyczaj przygotowują po prostu smaczne jedzenie. Tu, było nieco inaczej. Czuć było, że szef kuchni ma wizję gotowania i nie zamierza iść na ilość (choć ta każdego dnia była oszałamiająca), lecz postanowił on pójść drogą jakości.

Jak wspomniałem wcześniej nie jem ryb. Bo po prostu za nimi nie przepadam. Jednak ryby w Medora Auri, to zupełnie inna historia. Wielka ich różnorodność i sposób przyrządzenia, wręcz wzorowy, zdecydowały o tym, że ja zajadałem się tam rybami i to dosłownie. Każdego dnia. Kto by pomyślał? Moja piękniejsza połowa była w szoku, ale jednocześnie była bardzo zadowolona, bo wiadomo, że ryby to samo zdrowie:)

Piękne widoki za którymi będziemy tęsknić…

Czyż to nie piękne? Z lampką lokalnego wina i małą przystawką, choćby sałatką z ośmiornicy, mógłbym tu siedzieć i gapić się na takie widoki godzinami. Jeśli zaś ktoś donosiłby kolejne porcje smakołyków kuchni chorwackiej i dolewał Posipa czy Dingaca, mógłbym tak siedzieć nie godziny ale dnie całe. Rozkoszując się pogodą, słońcem, widokami i tym co zdołalibyśmy zjeść i wypić:)

Spacerkiem po deptaku

Zanim wyjedziemy, trzeba obowiązkowo odbyć ostatni spacerek po podgorzańskim deptaku. Już w maju pełnym ludzi, ale nie tłocznym. Mamy tu więc mnóstwo restauracji z których nie skorzystaliśmy… bo hotel zapewniał nam „jadła” aż nadto. Tak więc, zrobiłem trochę zdjęć dla tych z Was, którzy mają zdecydowanie większe apetyty aniżeli my, czyli ludzie… jak to powiedzieć delikatnie? Z dużym bagażem życiowym:) Czyli w słusznym już wieku, po prostu. Ale nie to że starzy, nie… do starości zdążymy opisać Wam jeszcze wiele pięknych miejsc, dań i oczywiście zacnych win. Ale faktem jest, że zjeść już nie damy rady tyle, co w naszych najlepszych latach (czytaj latach młodości i piękności:)

Może nie jest najtaniej, ale tak naprawdę gdzie dziś jest tanio? No właśnie… Jeśli wyjeżdżamy za granicę aby odpocząć, nie oszczędzajmy – tylko wydawajmy. W końcu cały rok oszczędzamy, aby podczas letniego szaleństwa jeść pić i… swawolić:) To ostatnie wedle Waszego uznania. Ale jedzenie i picie, to obowiązek, bez dwóch zdań!

Czy filet ze świeżej Makreli w towarzystwie frytek i sałatki, a do tego na miłe zakończenie lody… za niecałe 55 złotych od osoby to dużo? Wydaje mi się, że to całkiem rozsądna cena. No i macie pewność, że makrela to bardzo zdrowa ryba, a tu w Adriatyku, akurat tych ryb jest pod dostatkiem. Warto więc zrobić sobie mały Lunch, kiedy spacerujecie po deptaku.

Czas ruszać w drogę, choć Leonard był zdecydowanie niepocieszony…

My wiedzieliśmy, że czas ruszać w drogę powrotną. Jednak Leon, no cóż, nie za bardzo chciał opuścić, to jakże wygodne miejsce. Wszyscy go tam uwielbiali, głaskali, dawali smaczki i robili zdjęcia. Chyba sam nie chciałbym wyjeżdżać, jeśli byłbym tak wyjątkowo traktowany. Niestety nie mam urody i figury Leona, trudno – trzeba się z tym pogodzić:). Tak więc to on najczęściej robi za naszego celebrytę. My jedynie jesteśmy dodatkiem, zajmującym się transportem i wyżywieniem:) Taki to już nasz los, ale nie narzekamy, co to to nie.

Pakujemy naszą BLU i ruszamy w drogę… wcale nie nudną:)

Ech… fajna ta nasza Tesla, i jaka pojemna! Można w nią zapakować mnóstwo rzeczy. Również prezent, który jako EuroEVtrips, otrzymaliśmy od hotelu (dziękujemy!) Doskonałe wino było znakomitym zakończeniem naszego pobytu i nie spodziewaliśmy się tak miłego prezentu. To pewnie przez naszego celebrytę, bo kimże my jesteśmy, aby dostawać prezenty od hotelu:) Co innego Leon. Na szczęście on nie przepada za winem:)

Już w drodze… jakże przyjemna jazda

Droga przez Chorwację autem elektrycznym, to przyjemność. Jeśli chodzi o Tesle, to stacji Supercharger jest naprawdę wystarczająca ilość. Ciągle są dostawiane nowe. Jak donoszą nasi koledzy po fachu z TeslaClubCroatia (pozdrawiamy!) Supercharegrów przybywa a te, które są znane od lat, Tesla rozbudowuje i zwiększa ilość ładowarek. Najczęściej do wersji V4, czyli najnowszej. Te stacje mają nie współdzieloną moc maksymalną aż 250 kW.

Tu ładowaliśmy się na znanym nam dobrze Superchargerze Zemunik Gornij. Tuż przy autostradzie. Akurat ten Supercharger już został przebudowany i posiada wyłącznie stacje w wersji V4, a stacje te dotowane są przez Unię Europejską. Tak więc, jak się domyślam, za chwilę będą udostępnione dla innych marek aut elektrycznych niż Tesla.

Węgry witają nas powtórnie

Tym razem postanowiliśmy pojechać w obie strony przez Węgry. Nie odwiedzaliśmy tego kraju od dawna, a mamy do niego sentyment. W końcu Węgrzy potrafią robić wyśmienite wina, a to doceniamy w sposób szczególny. W końcu jesteśmy wielkimi fanami wina. Trzeba więc cenić tych, którzy o tym trunku wiedzą bardzo dużo i potrafią z niepozornych winnych gron, wytworzyć napój bogów. Węgrzy zdecydowanie potrafią to robić:) Dlatego ich lubimy. No i robią niezłe jedzenie. Na tym też się znają…

Najpierw nasz ulubiony węgierski Supercharger, czy Sormas. Piękne, spokojne miejsce. Dla nas wyjątkowe, bo czujemy się tu po prostu rewelacyjnie. Mimo, że spędzamy tu zaledwie kilkadziesiąt minut, podczas drogi autem elektrycznym. Ale wiecie co? To ważne, żeby odwiedzać miejsca piękne, wyjątkowe i mające w sobie to coś. A Supercharger Sormas zdecydowanie ma w sobie to cos… Jest tu jakby spokojnie, relaksująco i po prostu uważamy, że podczas trasy, warto się tu zatrzymać!

Stacje ładowania w Sormas, to wersja V3, moc maksymalna 250 kW. Nasza BLU, bez problemu osiągnęła tu ponad 200 kW mocy ładowania. Niczego więcej ani nie potrzebuję, ani nie oczekuję od ładowarek tego typu w trasie. Moc w zupełności wystarczająca, Tym bardziej, że jest tu co robić. Więc czas płynie bardzo szybki i zanim się obejrzymy, nasza Tesla będzie naładowana. Czas ruszać w drogę… a szkoda.

Gyor… miasto na nocleg w trasie

Kiedy jedziesz w daleką trasę, zawsze myślisz jak to będzie, kiedy zatrzymasz się na nocleg… aby odpocząć. W Gyor znaleźliśmy Hotel Kalvaria. Ma on stację ładowania EV, choć z niej nie korzystaliśmy. Nie było potrzeby. Ma wygodne pokoje z dużymi łóżkami i strefę SPA, z której nie korzystaliśmy, bo było już za późno. Chcieliśmy tylko coś zjeść, wypić i oddać się w objęcia Morfeusza!

Do hotelu wjeżdża się przez bramę, która otwiera się automatycznie. Potem trzeba odnaleźć recepcję, co nie jest takie łatwe. Ale da się ogarnąć i kiedy miły Pan wręczy wam w końcu klucze do pokoju na 1 piętrze. Możecie wziąć walizkę z auta i udać się na małe odświeżenie.

Pokoje są średniej wielkości ale wystarczające. Za to duże są łazienki. Wygodne i czyste. naprawdę duża przestrzeń. Poza tym mamy do dyspozycji strefę SPA. Cichą i spokojną. Praktycznie bez ludzi. Jacuzzi i leżaczki wyglądały naprawdę obiecująco… jeśli macie tylko ciut więcej siły. My mieliśmy jej najwidoczniej zbyt mało.

Hotel Kalvaria dobrze Was nakarmi…

Tak, to Węgrzy potrafią robić naprawdę dobrze. Zarówno obiad, jak i śniadanie były naprawdę obfite. Drinki w postaci mojego piwa i podwójnego wina (białe, wytrwane) dla mojej żony, to iście śmieszny koszt. Jak na hotelowe standardy. 32 złote polskie (w przeliczeniu), za piwo 0,5 litra (całkiem zacne), oraz podwójne białe i wytrawne wino (lokalne) to śmieszna cena jak na hotel. Zazwyczaj ( na przykład w Austrii) samo piwo potrafi kosztować koło 20 złotych. A gdzie mowa o winie i to podwójnej jego ilości? Węgrzy wiedzą jak zadowolić swoich gości.

Jeśli chodzi o obiad/kolację, bo jedliśmy dość późno, to uderzyło nas jedno. Ogromne porcje. Praktycznie nie daliśmy rady zjeść a po daniu podano nam również deser. To było zbyt wiele, jak na nasze małe żołądeczki:) Jedzenie było bardzo smaczne. Odpowiednio doprawione i co najważniejsze spełniło nasze oczekiwania w 101%, a nawet więcej…

Śniadanie… co kto lubi, co kto chce. Czyli jak zwykle. Za dużo, za różnorodnie. Ale niektórzy to docenią. My doceniamy różnorodność, jeśli chodzi o śniadaniowe smakołyki. Coś na zimno? Proszę bardzo. Coś na gorąco? Nie ma problemu. Coś dla trawożerców (bez urazy:) Oczywiście jest. No i na słodko… na koniec!

Jednym słowem, co kto lubi. Ja jestem zdania, że na śniadanie trzeba zjeść rzeczy różne. Zaczynam od słoności. Bekon, jajka, kiełbaski, chleb… później małe wytchnienie i przechodzę do słodkości. Bułeczka, babeczka, a może ciasto? Popite uczciwą ilością porannego Cappuccino. Czasami 2-3 filiżanki. Z łakomstwa? Broń Boże… raczej dlatego aby dać radę przejechać kolejny 1000 km. Tak więc, łakomstwo łączy się niejako z wymogami podróży. To takie usprawiedliwienie dla tego, że chcemy zjeść nieco więcej niż normalnie. Cukier pobudza podczas drogi. Więc… nieco słodkości nie zaszkodzi. Zaufajcie mi.

Czechy i znane nam stacje Supercharger

Po przejechaniu przez Węgry, kolejnym krajem tranzytowym na naszej trasie są nasi południowi sąsiedzi, czyli Czesi. Stacje Tesli w Brnie, czy modernizowany Supercharger w Ołomuńcu, gdzie powstaje tuż obok ładowarek nowy Hotel z restauracją, to stałe punkty naszego podróżowania po Europie.

Na Superchargerze w Brnie, przy Centrum Handlowym Olympia, zaskoczyła nas iście letnia temperatura. A to zaledwie 31 maja!!! Więc nie lato a bardziej wiosna. 36 stopni Celsjusza… pięknie! Takie temperatury bardzo lubimy.

Dalsza droga, to już znane Wam tematy. Ładowanie na stacjach w Polsce, czyli nasze codzienne standardy. Oczywiście dzięki naszemu partnerowi, firmie ELOCTY, dla nas droga zawsze jest po pierwsze łatwiejsza a po drugie, czujemy wsparcie ELOCITY w tym co robimy. A to bezcenne. Dobry partner jest na wagę złota.

To już koniec naszej podróży do Chorwacji. Pięknej, ciepłej, smacznej i zdecydowanie wartej odwiedzenia. Myślę, że to nie ostatni raz, kiedy nasza BLU, będzie jechać na prądzie, po chorwackich drogach i z uwagą wypatrywać chorwackich radarów, których przybyło w ostatnich 2 latach aż 1736. Tak, podobno aż tyle „drogowych pułapek” dostawiły chorwackie władze. Pamiętajcie, że to nie są zwykłe radary. Mierzą one prędkość, ale też sprawdzają czy nie rozmawiacie przez telefon, oraz… czy macie zapięte pasy bezpieczeństwa. Mój kolega Artur uświadomił mnie w tej kwestii. Na szczęście zrobił to, zanim wyjechaliśmy do Chorwacji. Warto więc słuchać dobrych rad.

Chorwackie władze mogą sobie robić co chcą i stawiać radarów tyle ile zechcą… to nie zniechęci nas turystów do odwiedzenia tego pięknego, skalistego kraju z przepięknymi widokami i krystalicznie czystą morską wodą… bez dwóch zdań! A poza tym gdzie zjecie tak fantastyczne dania i wypijecie nieziemskie wina? Z całą pewnością w Chorwacji ani jedzenie ani napitki Was nie rozczarują… Czyli kierunek Chorwacja:)

Zdecydowanie warto…

Koniec części 4 – ostatniej… niestety:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *