Liguria – kraina włoskich przebojów, część 1 – droga

Ten region niestety traktowaliśmy nieco po macoszemu. Przejazdem, tranzytem, przy okazji… Nigdy nie zaczepiliśmy się tutaj na dłużej. A powiem Wam, że zdecydowanie warto…

Jak zwykle ruszamy z naszej europejskiej bramy do świata. Czyli z Krakowa. Gdzie dzień wcześniej dotarliśmy z Lublina, który to leży… daleko od wszystkiego:) Niestety!

Kto rano wstaje… ten nie stoi w korkach😉

Pobudka o godzinie 4:00, to dla niektórych jak wstać w środku nocy. Ale dla nas to codzienność w podróży. Bo po pierwsze, lubimy rano wstawać (dzień jakiś taki dłuższy), a po drugie – nie lubimy, dla odmiany, stać w korkach. A w mieście takim, jak Kraków, nie brakuje ich z rana. Tak więc już o 4:27 zasuwaliśmy po autostradzie w kierunku Katowic. Po tym, jak nasza BLU, odpoczęła sobie w spokoju przez całą noc. Kierunek – południe Polski, a potem sąsiedzi, warzący niesamowite piwo… czyli nasi czescy przyjaciele:)

Wczesne i ostatnie ładowanie w PL

Jak zwykle jedziemy znaną nam i Wam trasą. Z Krakowa w kierunku Katowic a potem prościutko do granicy – w kierunku czeskiej Ostrawy. Naszym już stałym punktem ładowania na tej trasie, jest stacja paliw UNIWAR. To miejsce położone dosłownie o jakieś 2 km od granicy kraju. Dzięki naszemu partnerowi, firmie Elocity, to właśnie tu uzupełniamy energię w naszej Tesli, po raz ostatni w kraju. Stacja ma moc 180 kW, choć nigdy tyle nie osiągnęliśmy. Trasa przebiegała dość sprawnie, bo nasze ładowanie zaczęło się już o godzinie 5:23, więc bardzo wcześnie.

Słońce dopiero wschodzi, a my już myślimy jak będzie się jechać dalej, czy nie będzie korków? Te często zdarzają się na autostradach, choć nas, jakimś dziwnym trafem zazwyczaj omijają. Przez tyle lat podróży, wpakowaliśmy się w korkowy galimatias, zaledwie kilka razy. A sami wiecie, że robimy mnóstwo kilometrów, przemierzając naszą starą i poczciwą Europę.

Czeska ziemia wita wędrowców…

Naszym stałym punktem podróży od kilku lat stał się Supercharger Ostrawa. Dość nowa miejscówka, jeśli chodzi o ładowanie aut marki Tesla. Umiejscowiona tuż obok bardzo fajnego centrum handlowego. Jednak tym razem pojechaliśmy prosto do Brna. Tu w centrum handlowym OLYMPIA, znajduje się super duży – Supercharger. Stacje w wersji zarówno V3 jak i V4, dają po prostu luksus ładowania na niespotykanym poziomie. Osiągaliśmy tu często moc 250 kW, czyli nasz absolutny max, jeśli chodzi o to, co potrafi Tesla Model 3.

Poza tym, po szybkim przejechaniu prawie 190 km ze stacji UNIWAR, należała nam się chwila odpoczynku. Cóż, lata lecą, a naszego Leonarda również trzeba wyprowadzić na mały spacer. Chłopak waży zaledwie 3 kg, więc jego pęcherz nie wytrzymuje zbyt długo. Nasza BLU się ładowała, Leon spacerował, znacząc tutejsze krzaczki, jako swoje terytorium, a ja podziwiałem na parkingu Model S – dwukolorowy z napisem SpaceX. Widać tu jakiegoś fana twórczości Elona Muska (szeroko rozumianej😉)

Niestety… zbyt rano! Tak, to za wczesna pora aby szaleć po sklepach, czy zjeść coś dobrego. Takie wielkie centra zaczynają „żyć” dopiero koło 9:00 – a często nawet 10:00 rano. Niestety my skorzystaliśmy tylko z toalety, bo było zbyt rano. Godzina 8:00, to czas, kiedy takie molochy jak OLYMPIA, nawet nie myślą o tym aby się obudzić do życia. Było pusto… i to dosłownie!

Austria – tu jest czym nacieszyć oczy

Lubimy tu przyjeżdżać. Koniec i kropka! Austria to kraj czysty, uporządkowany z przemiłymi ludźmi. Zawsze kiedy nocujemy tu, na austriackiej ziemi, wyjeżdżamy stąd zadowoleni, najedzeni, a w naszej pamięci mamy przepiękne widoki tutejszych Alp. Lasy, góry, skaliste szczyty… to wszystko łączy się w niesamowity obraz, który pamiętamy wiele miesięcy po powrocie do domu. Tu zdjęcia robione nawet przez samochodową szybę, mają swój nieodparty urok.

Hotel DER PATERNWIRT – esencja austriackich gór

Przyjechaliśmy, a droga do naszego hotelu w sercu austriackich gór, była niesamowicie kręta. Podejrzewałem, że Google mogło się pogubić i za chwilę znajdziemy się na drodze bez powrotu… jednak tak się nie stało. Miejscowość Lesachtal, to mała mieścina, położona naprawdę wysoko w górach. Mało turystów, z Polski – równe zero. Tylko my. Menu po angielsku… w hotelowej restauracji? Nie uświadczysz go tu. Jednak miła młoda Pani z obsługi, stanęła na wysokości zadania i dogadała się z nami w kwestii wyboru posiłku. Tego wieczornego, bo pobyt zawierał również coś w rodzaju obiadokolacji.

Sam hotel jest prostym lecz okazałym budynkiem w lokalnym stylu. Czysty, jak to w Austrii. Z miłą obsługą i dwoma parkingami. Jednym malutkim położonym z przodu hotelu od głównej drogi i drugim, dość dużym. Umiejscowionym z tyłu i nieco po lewej stronie hotelu. Mamy też miejsca pod dachem. Tam też znajdziemy stacje ładowania aut elektrycznych. Zarówno dla samochodów, ale również jedna z nich obsługuje rowery elektryczne. Duża lecz miła niespodzianka.

Chcę tu zostać i… gapić się godzinami na ten widok!

Tak… to jest fakt! Widok z naszego balkonu był po prostu niesamowity. Usiedliśmy na tarasie/balkonie i popijając doskonałe lokalne i bardzo zimne piwo, podziwialiśmy niesamowite widoki. Dosłownie – niesamowite.

Cisza i spokój. To właśnie takie chwile możemy zaliczyć do esencji relaksu i odpoczynku. Mimo, że hotel znajduje się tuż przy ulicy, prawie nic tu nie jeździ. Było naprawdę cicho i spokojnie. Ptaki ćwierkały, wiał lekki ale ciepły wiaterek od gór, słońce przypiekało… a my siedzieliśmy w milczeniu i chłonęliśmy każdą sekundę, która była prawdziwym zbawieniem i odpoczynkiem w tej naszej codziennej pogoni. Na co dzień nie mamy takich widoków, ani takiego relaksu. Takiej ciszy i takiego spokoju. Ale przejdźmy do naszego lokum… ile można siedzieć i się gapić na piękne austriackie góry?😉

Pokój w hotelu Paternwirt

Pokoje hotelowe są przestronne. Łazienki robią niesamowite wrażenie. Wszędzie jest czysto, a cały hotel jest bardzo zadbany. Widać tu dobrego gospodarza. Jeśli kiedyś odważycie się pokonać trasę dojazdu w to miejsce, to zdecydowanie warto odwiedzić ten hotel. Jest lokalnie – tak po austriacku, po góralsku. Miło, przestronnie i czysto. Właściwie, to nie mam się do czego doczepić. Nie mogę nic tu skrytykować. Mogę tylko chwalić, bo jest to jeden z hoteli, do którego bardzo chętnie byśmy wrócili.

Wracając do łazienki, naprawdę nam się podobała. Zobaczcie sami. A myślałem, że w domu mam fajną łazienkę…

Toaleta, fikuśny zlew, jak wyciosany z kamienia, kabina prysznicowa… zapewniam, że niczego więcej nie będzie Wam potrzeba.

Mistrz kuchni zaprasza

Restauracja w hotelu Paternwirt, to osobna kraina. Miła i cicha. Z obsługą na wysokim poziomie. Nie nachalną, poruszającą się jak cienie, w sposób prawie niezauważalny. Jednak są na miejscu, kiedy tylko ich potrzebujecie.

Dostaliśmy swój własny i podpisany stolik. To staje się powoli w Austrii hotelarskim standardem.

Wiedzieliśmy więc od razu, gdzie usiąść. Później zaczęło się najważniejsze. Feria zapachów, smaków i widoków rodem z obrazów Paule’a Cézanne’a. Choć wydaje mi się, że nawet jego słynne obrazy nie były aż tak smakowite…😉!

Piwo… zdecydowanie tak, po całym dniu jazdy, to jak nagroda. Zawsze to podkreślam. Przystawka w postaci czegoś w rodzaju sałatki z soczewicy z kleksem ze śmietany. Zadziwiająco lekkie, na pewno zdrowe, a dla mnie nieco niespotykane. Nie często jadam takie dania. Smak… na 5 i to z dużym plusem.

Ale przejdźmy do konkretów, czyli zupy i dania głównego

Tu szef kuchni poszalał, a my zdecydowaliśmy się na dwa różne dania. Ale najpierw jedliśmy coś naprawdę wybornego. Rosół wołowy z makronem ale bardzo nietypowym. Zrobionym bowiem z ciasta naleśnikowego. Jakby szef kuchni usmażył cienkie naleśniki, po czym za pomocą ostrego noża i swoich umiejętności krojenia, wyczarował coś w rodzaju włoskich tagliatelle. Głęboki smak i aromat, delikatny i niespotykany makaron. A to dopiero począteczek… rozbiegówka!

Niespotykane połączenie? To tutaj normalne…

Na danie główne zdecydowaliśmy wziąć dwa różne dania. Ale to moje jedzonko zaskoczyło nas i to bardzo. Parmigiana di pollo, to nie włoskie danie a amerykańska wersja a właściwie wariacja na temat włoszczyzny. Najpierw był szok! Kotlet z makaronem z dodatkiem sosu? Czy Włosi w ogóle by klepnęli taki przepis? Najwidoczniej tak, bo danie było zadziwiająco dobre i aromatyczne. Kotlet idealnie usmażony, makaron al dente a sos naprawę wyborny. Nie mniej jednak, było to dla mnie coś nowego i raczej niespotykanego. Czego nigdy nie widziałem goszcząc we Włoszech, a uwierzcie mi… byłem tam naprawdę niezliczoną ilość razy i to chyba we wszystkich regionach Włoch, bez wyjątku.

Moja żona wybrała coś bardziej górskiego i tradycyjnego. Rybka z ziemniakami, to zawsze dobre połączenie. A tutejsze pstrągi rozmiarami przypominają żarłacza białego😉, a nie typowego pstrąga. Jednak był on przyrządzony w sposób idealny. Mięso odchodziło od kości (ości) praktycznie samo. Było delikatne i aromatyczne. Tutaj wiedzą, jak przyrządzić dobrą rybę.

Problem był tylko jeden… rozmiar porcji. Te były naprawdę uczciwe. Na tyle uczciwe, że już po daniu głównym byliśmy tak pełni, jak kobieta w siódmym miesiącu ciąży. Ale siódmy, to nie dziewiąty. Został więc jeszcze deser…

Wyborne kluseczki, a towarzystwo wiśni załatwia sprawę…

Deser mistrzów… to za mało powiedziane. Lokalne kluseczki, obtoczone w orzechach, nie wiem jakich. Może laskowych, pokruszonych – to na pewno! Do tego wyborny lekko zredukowany sos wiśniowy, czyli mój ulubiony. Wiśnie to zdecydowanie to, co doceniam najmocniej wśród owoców. Do tego listek mięty. Dla ozdoby i aromatu. To właśnie ten deser zaczarował mnie w sposób wyjątkowy. No i miła Pani, która nas obsługiwała, kiedy dowiedziała się, ze wiśnia to mój ulubiony owoc, zrobiła mi niespodziankę w postaci podwójnej porcji przepysznego i ciepłego wiśniowego sosu. Było warto, choć po deserze, byliśmy już najedzeni, jak kobieta ale zdecydowanie w dziewiątym miesiącu ciąży. To tylko takie porównanie… pozdrawiamy wszystkie panie w ciąży😉. Powinnyście zdecydowanie spróbować takiego deseru… każdy powinien.

Śniadanie i w drogę…

Rano powitała nas piękna pogoda. Słońce od samego rana. Piękny widok gór za oknem. Ale my myśleliśmy już o tym, aby zjeść coś pożywnego na śniadanie i ruszyć w dalszą drogę. W końcu przed nami jeszcze mnóstwo kilometrów do przejechania.

W hotelowej restauracji, czekał na nas nasz opisany stolik. A w sali głównej piętrzyły się śniadaniowe smakołyki. Wędliny, sery (naprawdę wyborne), świeże pieczywo, dżemy, płatki, kawa i wiele więcej.

Postawiłem na typowy zestaw śniadaniowy. Czyli dużo i dobrze…

Pieczywko było wyborne, kawka taka jak być powinna o poranku. Wszystko było właściwie takie jak oczekiwaliśmy. Smaczne, aromatyczne, piękne, czyste… zarówno jeśli chodzi o jedzenie, widoki, jak i sam hotel.

Po zapakowaniu bagaży ruszyliśmy w dalszą drogę. Ku pięknej Italii. W końcu to do niej wracamy zawsze z tak ogromną ochotą. I chyba trudno się dziwić. Ostatni rzut oka na niesamowite austriackie widoki i opuszczamy ten piękny alpejski kraj.

Italia… już niedaleko naszego celu

Tesla Supercharger Varna – przełęcz Brennero. To ostatnimi czasy, nasze stałe miejsce ładowania auta. Piękne widoki, dobra infrastruktura. Jest tu naprawdę super. Jeśli każdy Supercharger w Europie miałby takie otoczenie, chyba nie wysiadałbym z Tesli:)

Po naładowaniu naszej BLU, ruszamy dalej. Kolejne ładowania i całkiem fajne zakupy w centrum handlowym, zupełnie przypadkowym, ale jakże wartym odwiedzenia.

Miejscowość nazywa się jakże dźwięcznie. Alessandria – piękna nazwa. Spokojne miasteczko. Dobry Supercharegr, na którym nasza Tesla wystartowała z górnego C. 250 kW to bardzo zacny wynik. BLU znów wzniosła się na wyżyny. A my buszowaliśmy w tym czasie po lokalnym markecie. A uwierzcie mi… było na co popatrzeć.

Jak to u Włochów. Owoce morza, gotowe Fritto Misto na wagę, szaszłyki z krewetek, mnogość ryb i morskich żyjątek. Oliwa, wina… wszystko co w Italii najlepsze i najsmaczniejsze. Ale czas goni, więc jedziemy dalej.

Nareszcie u celu…

Po kolejnych ponad 150 przejechanych kilometrach, dotarliśmy w końcu do celu. Miejscowość o nazwie San Bartolomeo Al Mare, to miejscowa nadmorska perełka. Plaże ciągnące się bez końca. Jest cicho i spokojnie. W końcu to jeszcze nie ścisły sezon. Zaledwie 24 czerwca. Więc możemy liczyć na nieco mniejszą ilość turystów. Na szczęście.

Widoki zadowalające, plaże płaskie i bardzo zadbane. Morze takie jak być powinno, czyste i ciepłe. Odpoczynku czas – 3-2-1… ZACZYNAMY!!!😉

A będzie się działo… uwierzcie mi!

Koniec części 1, ale nie ostatniej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *