Liguria – kraina włoskich przebojów. Część 4-ostatnia

Liguria jest piękna. Koniec i kropka! Całe Włochy są piękne i każdy region ma swoje uroku. Tak jak Liguria w której spędziliśmy całe dwa tygodnie. Plaże, zabytki, sklepy, piękne widoki… wszystko tu było. Oczywiście podlane odpowiednią dawką włoskich wybornych win i w towarzystwie wybornego włoskiego jedzenie. Tak wiem, że w restauracji znów zamówiłem Fritto Misto, ale nic nie poradzę. Kiedy jestem w basenie Morza Śródziemnego, czy to we Francji, Hiszpanii, Włoszech czy Chorwacji po prostu muszę zamówić smażone w głębokim tłuszczu smakowite owoce morza.

Czas się pożegnać z Ligurią i wrócić do Polski. Szkoda – jak zawsze, ale mus to mus. Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zahaczyli o region Włoch, który jest bardzo wyjątkowy. To idylliczna i nastrojowa Toskania. A tam zapewniam Was – będzie się działo…😉!

Kierunek Toskania

Wyjechaliśmy wcześnie rano i od razu wskoczyliśmy na autostradę. Potem kierunek Genua i dalej prościutko do starej Lucci. Lucca to jedno z większych miast regionu. Co znaleźliśmy w tym pięknym starym włoskim mieście? Znaleźliśmy jeszcze wyższe temperatury. Aż 44 stopnie wskazywała nasza Tesla podczas jazdy. To naprawdę sporo, uwierzcie mi na słowo. Na szczęście klima spisała się wręcz wybornie. W aucie mieliśmy równie 21 stopni. Czasami wydawało mi się że jest wewnątrz naprawdę zimno😉. Poza tym chciało nam się pić… więc poszliśmy niespiesznie spacerkiem na plac Piazza dell’Anfiteatro.

Postanowiliśmy usiąść na chwilę w cieniu parasoli, w jednej z tutejszych restauracji. Pomyślicie, no tak – główny plac – będzie bardzo drogo. Nic bardziej mylnego. Nasz Aperol Spritz w czasie „Happy Hour” kosztował tylko… 3 euro za naprawdę uczciwą szklanicę tego pysznego tradycyjnego dla Włoch napoju. Jako że zawiera on alkohol, ja zakończyłem swoje „picie” na dosłownie dwóch łykach. Alkohol plus jazda autem to zdecydowanie zły wybór. Resztę ku swojemu zadowoleniu pochłonęła moja piękniejsza połowa. Ja musiałem zadowolić się Colą z dużą ilością lodu. Cóż, taki już jest los kierowcy. Mimo tego, że w Italii dopuszczalne jest picie alkoholu i jazda autem. Granica to aż pół promila we krwi, to lepiej trzymać się zasady, którą stosuję od lat. Kiedy jedziesz autem nie pij w ogóle. Metoda ta sprawdza się idealnie.

Menu Restauracji

Drogo? Skądże znowu. Poniżej przedstawię Wam menu restauracji, zupełnie przypadkowej i wybranej w ciemno. Miejsce jak widać to centrum turystyczne więc powinno być drogo. Tymczasem… na początek napoje i pizza, tak tu popularna. Ceny najpopularniejszych i najprostszych pizz kręcą się sporo poniżej 10 euro. Aperol jak widzicie to 7 euro, ale w czasie Happy Hour tylko 3 euro.

Przejdźmy do rzeczy bardziej obiadowych, bo nie samą pizzą człowiek żyje. Szczególnie tu we Wloszech.

Primi Piatti to rząd wielkości około 15 euro, raczej poniżej tej kwoty. Dania drugie – czyli główne danie posiłku potrafią się zbliżyć do 20 euro za danie. Ale policzmy tak dla przykładu. Wpadamy na szybko w trasie. Robimy krótką przerwę. Nie jemy całego posiłku bo musielibyśmy siedzieć przy stoliku 3 godziny. Skupiamy się raczej na czymś co ma nas trzymać przy życiu przez następne kilka godzin jazdy po włoskich autostradach. Wybieramy powiedzmy 2 x Aperol (załóżmy że robimy to po włosku i jedziemy dalej na lekkim cyku😉). Do tego powiedzmy Ravioli di Spinaci e Ricotta al Tartufo – to byłby wybór mojej żony, wielkiej fanki Trufli. Cena to 16 euro za porcję. Ja zdecydowałbym się raczej na coś mocno męskiego, jeśli można tak powiedzieć. Byłaby to uczciwa porcja Pappardelle al Cinghiale, czyli po prostu makaron z mięsem z dzika. Również za 16 euro.

Sumujemy… dwa dania, plus dwa Aperole, czyli szybki posiłek dla dwóch osób w trasie – zamyka się kosztem 38 euro. To niecałe 160 złotych. Czyli 80 złotych od osoby. Czy to dużo? Raczej nie, przynajmniej według mnie. Ceny w naszych polskich restauracjach chyba nie są wcale niższe…

Włoskie zakupy

Zanim dotrzemy na miejsce, czyli do naszej toskańskiej ostoi, po drodze zatrzymujemy się w jednym z naszych ulubionych sklepów. Familia w miejscowości Pontedera. Czemu lubimy Familie? Bo to miejsce w którym jest po prostu wszystko. Niby zwykły market – ale to zaopatrzenie? Po prostu bajka!

Ryby, owoce morza, krewetki, mnóstwo mięs, wędlin i serów. Do tego oliwa za niecałe 5 euro i wino po 2, 3, czy 4 euro. Mało tego… jakość tych produktów jest naprawdę wysoka. Zapewniam Was, że wyższa niż to co możemy znaleźć w naszych polskich sklepach. Poza tym włoskie wina, nawet te najtańsze są naprawdę niezłe. Nie można im nic zarzucić.

Po zakupach ruszyliśmy już bezpośrednio w toskańskie ostępy.

Toskania i nasze Borgo al Cerro

To nasze miejsce na ziemi. Spokój, piękny ogród, doskonały basen, wszechobecna cisza i niewielu gości (stosunkowo). To największe zalety Borgo Al Cerro. Jednak największym atutem tego miejsca jest obsługa. A chodzi mi o rządzącego tu Pablita, super miłego człowieka, który bardzo dba o to aby goście Borgo byli zadowoleni. Pomaga mu również syn. Cała rodzina (poznaliśmy również teścia Pablita) jest bardzo miła. Zapewniają pobyt na najwyższym poziomie. Człowiek czuje się tu jak w domu, a basen jest uwielbianym przeze mnie miejscem. Mogę się położyć na wodzie i nie myśląc o niczym po prostu leżeć. Unoszony na powierzchni.

Aha, jak dojechaliśmy do Borgo, temperatura nas rozpieszczała… jeśli można tak powiedzieć😉. 45 stopni w cieniu!!!

Wybór apartamentu

Pablito dał nam do wyboru kilka apartamentów, z tego co pamiętam – trzy. Wybraliśmy mały uroczy apartamencik na piętrze. Oczywiście mieliśmy na dole pod budynkiem swój kawałeczek ogródka ze stołem i krzesłami. To właśnie tu jedliśmy nasze popołudniowe posiłki. Apartament składał się z sypialni, łazienki i aneksu kuchennego z niewielkim stołem. Mały ale wygodny.

Nasza Tesla również miała swoje miejsce. I to pod dachem. Oczywiście w towarzystwie dwóch stacji ładowania o mocy do 11 kW. Ładowaliśmy się tam z sąsiadem z Norwegii, który wybrał się za granicę autem EV po raz pierwszy w życiu. Kiedy usłyszał, że przez 5 lat zrobiliśmy po Europie ponad 85 000 km, a w świecie elektryków siedzimy już 13 lat, był pod naprawdę dużym wrażeniem. Coraz więcej osób przekonuje się do aut na prąd. Na szczęście…

Uczciwy posiłek po długiej trasie

Co można przyrządzić w naszym Borgo, kiedy po trasie kilkuset kilometrów, padacie na twarz? Najlepiej odpocząć przez noc, a na drugi dzień wziąć się za typowo toskańskie przysmaki. Bistecca alla Fiorentina, czyli stek po florencku w towarzystwie ziemniaczków pieczonych z rozmarynem, oraz warzywami z patelni.

W taki upał nie wybraliśmy do obiadu wina. Zimny Aperol z dużą ilością lodu idealnie pasował zarówno do jedzenia, jak i schłodziło nas nieco od środka. Pogoda była piękna, woda w basenie ciepła, a my mieliśmy w planach odpocząć. Krótko bo 3 noclegi to nie żaden szał. Jednak tu w Borgo Al Cerro, wystarczy nawet tak krótki pobyt aby naładować baterie i nieco się zrelaksować. Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie pojechali na małe zwiedzanie. Mamy tu swoje stałe i ulubione miejsca, które odwiedzamy zawsze będąc w Toskanii, jak miasteczko San Ginignano. Ale też staramy się odwiedzić miejsca nowe. A tych nigdy tu nie brakuje.

Sinalunga – klimatyczne miasteczko

Sinalunga nie jest wielka. Ale bardzo urokliwa i czysta. Zadbane szpalery drzew, kiedy wjeżdżasz do miasta od razu rzucają się w oczy. Jest tu spokojnie, a my wybraliśmy sobie na dzień zwiedzania miasta wtorek 1 lipca. Czemu właśnie taki dzień? Bo właśnie we wtorek można się znaleźć na tamtejszym targu. Ryby i owoce morza, piękne owoce i warzywa, wędliny, sery, a oprócz tego ubrania, materiały, buty i wiele, wiele innych rzeczy. Oprócz tego liczyliśmy na spotkanie z Polką w Toskanii, czyli Danusią Indyk, która od lat mieszka w tym pięknym regionie, a jej historia mogłaby posłużyć za gotowy scenariusz do filmu.

Najpierw coś z morza, a wybór jest tu naprawdę ogromny. Zobaczcie na te krewetki, kalmary, czy urocze szaszłyczki, gotowe aby je wrzucić na grilla.

Wędlinki? Oczywiście… tu to standard. na dodatek bardzo świeże. Próbowaliśmy jeszcze gorącej Porchetty, czyli długo pieczonej wieprzowinki. Ale nie możemy też pominąć pięknej Mortadelli. Przeogromnej i jakże smacznej.

Warzywa i owoce były przepiękne i bardzo dojrzałe. Niedrogie. Ceny za zwyczaj oscylują wokół 1-3 euro za kilogram. Wszystko jest takie domowe a nie marketowe. Czasami krzywe, czasami większe lub mniejsze. Ale zawsze bardzo smakowite.

Jest też coś dla Pań… choć może zdjęcia nie za specjalne. Mamy tu wszelkiego rodzaju materiały, ubrania i buty. To właśnie tu szaleje głównie płeć piękna. Faceci oglądają raczej to co można zjeść czy wypić😉.

Monteriggioni – małe i okrągłe a do tego bardzo stare…

Małe miasteczko w prowincji Siena. Jest okrągłe, otoczone malowniczymi murami, no i bardzo stare. Powstało w 1203 roku! Kawał czasu. Weszliśmy na górę, bo miasteczko leży na wzgórzu, w pocie czoła. I to dosłownie. Pogoda jak zwykle w Italii, aż za dobra😉. Jeden minus tego miejsca? Niestety jest tu drogo. Jednak my nie przyjechaliśmy tutaj ani na zakupy, ani na jedzenie… a tylko aby zwiedzić i porobić trochę zdjęć. Ludzie chowali się w cieniu, bo skwar panował nieziemski. Dlatego nasze zwiedzanie było dość szybkie, a Leon część drogi spędził na rękach. Bruk po którym szliśmy był bardzo gorący więc nie ryzykowaliśmy zdrowia jego małych nóżek.

Odpoczynek w Borgo na wagę złota

Po małych wojażach odpoczywamy dalej. Nic nie robienie – to fajne zajęcie. Bez dwóch zdań. To były nasze ostatnie dni, więc trzeba było wykorzystać czas maksymalnie. Dlatego uznałem, że czasami to ja muszę rozpieścić moją żonę. Kiedy ona odpoczywała na leżaku opalając się nad basenem i czytając książki o pięknej Italii, ja wymknąłem się do apartamentu aby przygotować mały lunch. Godzina między 13 a 14, to idealna pora w leniwy dzień aby coś przekąsić i nieco się schłodzić zimnym Aperolem. W końcu jesteśmy we Włoszech a ten napój o pomarańczowej barwie jest tu traktowany jak religia. Ja z tradycjami nie dyskutuje, a raczej się do nich dostosowuje😉!

Tak więc przygotowałem kanapki ze świeżą Focaccią, do tego uczciwa porcja pysznego pastrami, dojrzałe małe pomidorki, kapary… i gotowe. Do popicia sami wiecie co.

Specjalistka przy pracy

To był mój mały wkład w ten odpoczynkowy dzień. Jednak moja żona nie byłaby sobą, gdyby absolutnie nie przebiła moich smakowitych kanapeczek. A jak to zrobiła?

U niej to proste, potrafi to robić z zamkniętymi oczami. A danie, które przyrządziła również było proste, jak cała włoska kuchnia. Były to bowiem lokalne toskańskie Pici (rodzaj makaronu) przyrządzone w sposób Cacio e Pepe. Czyli z czarnym pieprzem oraz startym serem Pecorino. Potrawa ta podobno pochodzi ze starożytnych czasów a przyrządzali ją pasterze wypasający owce. Mało tego, jak mówią legendy, było to jedno z ulubionych dań Augusta, pierwszego cesarza Cesarstwa Rzymskiego. Kurde – stare ale za to jakie dobre😉!

Takim właśnie daniem uraczyła mnie moja piękniejsza połowa, która to ma ogromne pojęcie na temat kuchni i gotowania. W przeciwieństwie do mnie. Ale kanapki wyszły super! Ja za to musiałem wybrać wino. Co można nalać do kieliszka będąc w Toskanii? Niedaleko Florencji i innych pięknych i zabytkowych miast. Moim wyborem najczęściej jest tu Vernaccia di San Gimignano. Przepyszne, lekkie, owocowe i nieco kwiatowe wino. białe i wytrawne ale mające nutkę słodyczy. Dzięki temu język nie staje Wam kołkiem, a wino to idealnie pasuje do wielu dań. Poza tym pieprz oczyszcza nasze kubki smakowe i jedząc go w daniu w dość dużej ilości, możecie dzięki temu zjawisku lepiej poczuć smak wina.

A zatem… Vernaccia a do tego lokalne Pici w towarzystwie pieprzu i wybornego sera. Tradycja, historia i nieziemski smak. Czego więcej potrzeba w taki piękny słoneczny dzień? Toskańska prostota zarówno w kuchni jak i w produkcji wybornych win zdaje egzamin na piątkę. Za każdym razem.

Dolina Chianti i słynny Dario Cecchinni… tak byliśmy u Daria

To piękna historia. Ponieważ znamy Daria tylko z telewizji, a wiemy że jest on wielkim przyjacielem jednego z naszych ulubionych szefów kuchni, czyli Jamiego Oliviera (odwiedził go również Gino D’Acampo- Włoch, kucharz oraz gwiazda brytyjskiej telewizji, zabawny i dowcipny szef kuchni, którego od razu się lubi. Choć nigdy go nie poznaliśmy osobiście), więc my też postanowiliśmy odwiedzić słynny sklep Daria w słynnej dolinie.

Najsłynniejszy rzeźnik Włoch przywitał nas o poranku w swoim sklepiku, przy jednej z uliczek miasteczka Panzano in Chianti, a chodzi o małą i spokojną uliczkę Via Venti Luglio. Spokojna i cicha o poranku uliczka. My stojący z Leonem pod sklepem i Daria, który właśnie go otwiera…

Dario mimo swojej popularności okazał się bardzo skromnym człowiekiem. Niezmiernie miłym. Jego pracownicy również byli dla nas bardzo mili. Zrobiliśmy również zakupy u Daria. Świeżutka wołowina z której moja żona przyrządziła wybornego tatara, oraz toskański emblemat. Chodzi o Lardo, czyli słoninę. Ale nie mylcie Lardo ze zwykła słoniną, jaka jemy w Polsce. Lardo to dzieło sztuki. Posolone mięso umieszczane jest w marmurowych pojemnikach z przyprawami (m.in. czarny pieprz, cynamon, kolendra, goździki, rozmaryn, czosnek). Po czym jest ono sezonowane minimum przez 6 miesięcy. Powstaje z tego coś w rodzaju aromatycznego, dobrego do smarowania, naszpikowanego aromatami wieprzowego „masła”. Wyborne do ciepłego jeszcze chleba lub Focacci. To super produkt, mimo że dietetycy pewnie się ze mną nie zgodzą😉!

Paninni z widokiem na dolinę Chianti

Kiedy wyjeżdżaliśmy z Panzano, nie mogliśmy nie zatrzymać się w przydrożnej „jadłodajni” Daria. To przyczepa stojąca tuż przy samej drodze. Koło pomnika koguta, słynnego już symbolu mówiącego nam o tym, gdzie jesteśmy (dolina Chianti) oraz informującego o tym, że wino, które pijemy pochodzi właśnie stąd. Tak, na butelkach Chianti Classico, widnieje właśnie symbol czarnego koguta. A Panini w wydaniu Daria Checchiniego, to prawdziwy majstersztyk. Mięso rozpływa się w ustach, jest soczyste i mięciutkie. Koszt to 8 euro, ale za te pieniądze dostajemy „kanapeczkę”, którą najedliśmy się z żoną we dwójkę. Więc jest naprawdę niedrogo. Do tego oczywiście „popitka”.

Możecie wybrać Colę za 3 euro (fuj!)… ale kto zdrowy na umyśle wybiera Coca Colę, będąc w Dolinie Chianti? Na dodatek jedząc pyszności z wołowiną od Daria? Co wybraliśmy? No oczywiście – kubeczek Chianti Classico, a jakże. Za… uwaga – 2 euro!!! Tak wino jest tu tańsze od napojów gazowanych. W dodatku nie byle jakie wino.

Zajadaliśmy więc nasze Panino, popijając winem Chianti, a nasza Tesla czekała grzecznie obok, na parkingu z nie byle jakim widokiem na dolinę i miasto.

A w domu… ciąg dalszy toskańskiej rozpusty

Ze świeżej wołowiny trzeba było jak najszybciej przyrządzić tatara. Do tego oczywiście świeżutka Focaccia. Dodatki do mięsa? Takie jakie znaleźliśmy na miejscu. Bez wymyślania, to było raczej dostosowanie się do okoliczności. Choć właściwie, to mięso od Daria, miało taką jakość, że mógłbym je zjeść bez dodatków.

Tatar alla Dario Cecchini wjechał na nasze talerze, i mimo że nie było go zbyt dużo, to wypełnił nam żołądki wzorowo. A ten znak obok? Cóż, tak to wygląda i pogódźcie się z tym. Jeśli jedziecie do Italii, zapomnijcie o dietach. Tam jedzie się po to, aby podziwiać, jeść i pić. Tyle w temacie… Dieta? Po powrocie do domu.

Czas naprawdę wracać, ile można się włóczyć?

Można i to bez końca. W całym basenie Morza Śródziemnego, ale we Włoszech szczególnie. Naszego ostatniego dnia również wpadły smakołyki, takie jak Papardelle z pysznym sosem z dzika (toskańska specjalność), do tego odrobina sera i gotowe. Dzik dusił się kilka godzin więc był mięciutki. Po uczciwym posiłku pozostała jeszcze mała kąpiel na basenie aby złapać ostatnie chwile relaksu i można się pakować…

Rano żegnamy już nasze ulubione włoskie Borgo Al Cerro i kierujemy się w stronę domu. Po drodze odwiedzając nasze stałe miejscówki na włoskiej ziemi, służące nam albo do ładowania auta, albo do zrobienia ostatnich zakupów.

Do następnego razu Borgo Al Cerro! Pojawimy się u Was jeszcze nie raz, to pewne…

Kierunek Austia

Jechaliśmy cały czas autostradami. Oczywiście po drodze musieliśmy wpaść zarówno do wielkiego Centrum Handlowego Affi, jak i nowego miejsca na mapie ładowań. To nowy Supercharger niedaleko Udine. W wielkim Centrum handlowym Citta Fiera.

Obydwa te miejsca, to lokalizacje wręcz wyborne. Mnóstwo sklepów, oraz restauracji i wszelkiego rodzaju „jadłodajni”, w których znajdziecie dosłownie wszystko. Od typowych włoskich przysmaków, aż po kuchnię chińską czy japońską.

Dalsza droga to już prościutko do Wiednia, gdzie spaliśmy w Hotelu Plaza Premium Wien. Niestety po raz ostatni. Zmiany jakie zaszły w tym hotelu – to same minusy. Parking został przejęty przez prywatną firmę, która zdziera mnóstwo pieniędzy za ładowanie auta. Przypomnę, że jeszcze dwa lata temu ładowanie dla gości było darmowe. Niestety ostrzeżono nas również, że hotel nie odpowiada za rzeczy pozostawione w aucie na poziemnym zamykanym parkingu. Zmieniło się tu sporo i to na gorsze. Mówię również o ogólnym odczuciu z naszego pobytu. Ten hotel stał się teraz molochem dla wycieczek. Będziemy go więc omijać… cóż takie życie.

Leon rozgościł się za to na dobre. On bardzo lubi wszelkie hotele, niezależnie od ich zalet czy wad.

Czechy witają strudzonych wędrowców

W Czechach jak zwykle lubimy się zatrzymać w Brnie. Tu mamy wielki Supercharger w galerii Olympia, gdzie jest naprawdę mnóstwo atrakcji i dobrego jedzenia. Niestety nie tym razem. Nasza Tesla rozpoczęła ładowanie z poziomem 19% a po dokładnie 22 minutach była naładowana do 80% i można było jechać dalej. Zwiedzanie galerii? Nie tym razem… żona była smutna, ale cóż, takie życie z elektrykiem😉!

Moc ładowania również była oszałamiająca jak na Teslę Model 3. 251 kW – to rewelacyjny wynik jak na naszą staruszkę, przecież już 7 letnią. To było chyba najkrótsze uzupełnienie energii w naszej historii. Było… za szybko! Potrzebujemy na to aby złapać chwilę oddechu, zdecydowanie więcej niż 22 minuty!

Naszym już bardzo bliskim celem był Kraków z którego zazwyczaj startujemy w europejskie trasy. Dwa ostatnie ładowania to właśnie Brno, a później stacja ładowania, na której ładujemy się wracając do domu i z niego wyjeżdżając, czyli Stacja Łaziska, na Stacji Benzynowej UNIWAR.

Potem już prosta droga do Krakowa.

I w taki właśnie sposób zakończyła się nasza wyprawa do Ligurii. Długa i wyjątkowa. Obfitująca w piękne widoki, wyborne dania, nieziemskie wina, oraz wyjątkowych ludzi, których poznaliśmy.

Koniec części 4 – ostatniej. Do zobaczenia podczas kolejnego wyjazdu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *