Kobalt, dzieci i EV, czyli historia, której internet nie opowiada uczciwie…

Tak, w Kongu dzieje się brudna robota. Ale świat nie jest tak prosty, ani czarno – biały.

W Demokratycznej Republice Konga naprawdę istnieją miejsca, gdzie ludzie, w tym dzieci, pracują w prymitywnych warunkach przy wydobyciu kobaltu. Bez zabezpieczeń, często bez kontroli, w chaosie, który trudno sobie wyobrazić z europejskiej perspektywy. To jawne wykorzystywanie nieletnich i cały świat o tym wie. Często są to 8-10 latkowie, chudzi, niedożywieni, byle jak ubrani. Tak wygląda zła strona wydobycia kobaltu w Afryce.

To nie jest wymysł! To fakt!

To jest realny problem, opisywany od lat przez organizacje, takie jak UNICEF czy Amnesty. Ale teraz zatrzymajmy się na chwilę, bo tu większość internetowej narracji robi skrót, który jest zwyczajnie nieuczciwy.

Bo z tego faktu robi się automatycznie:

„Auto Elektryczne = dzieci w kopalni”.

A rzeczywistość wygląda bardziej jak brudna, rozlana mapa, niż prosty pipeline „dziecko → bateria → EV”. To tak nie wygląda!

Większość kobaltu nie pochodzi z „kopalni dzieci”, tylko z przemysłu. Czyli dużych przemysłowych kopalni, gdzie pracują – tak – dorośli. Są to normalne firmy wydobywające kobalt, na dużą skalę. Oficjalne – działające zgodnie z wytycznymi i pod nadzorem państwa.

Kongo produkuje większość światowego kobaltu. To prawda...

Ale ta większość pochodzi właśnie z dużych kopalni przemysłowych.

Obok nich istnieje sektor tzw. artisanal mining, czyli małe, i nielegalne wydobycie. Z którym rząd Konga walczy od lat. Niestety, kiedy zamykają jedną kopalnię, na jej miejsce pojawiają się dwie inne. To trochę jak walka z wiatrakami. I to tam, pojawia się najwięcej problemów: chaos, brak kontroli, często praca dzieci, czasem półlegalne struktury, czasem zwykła bieda, która nie zostawia wyboru. Te dzieci muszą pracować aby żyć – choć wiemy wszyscy, że to karygodne i tak nie powinno być.

I teraz najważniejsze: to nie jest „system EV”.

To jest problem państwa, regionu, historii, korupcji i globalnego popytu na surowiec, który nie powstał przez jedną branżę.

EV są jednym z odbiorców. Ale nie jedynym. I nie pierwszym. Poza tym większość firm używających jeszcze w swoich bateriach kobaltu, sprowadza go z legalnych źródeł. Jeśli byłoby inaczej a ktoś by to odkrył, wyobraźcie sobie skutki takiej informacji. Dieselgate Volkswagena, było by przy tym, jak kaszka z mleczkiem. Poza tym kobalt nie siedzi tylko w bateriach do aut elektrycznych, może by tak liznąć trochę wiedzy? No tak, dzisiejsi ludzie są leniwi, więc ja pomogę… chętnie:)

Wiele osób się gubi, bo myśli, że kobalt to „metal od Tesli”.

Nie.

Kobalt siedzi wszędzie. W twoim telefonie, którym robisz zdjęcie śniadania, i piszesz głupie komentarze o autach EV i szkodliwości baterii i pracy dzieci – tak naprawdę nie mając o tym zielonego pojęcia, bo ktoś wrzucił fotkę do netu i już się pod tym podpisujesz i udostępniasz dalej. W laptopie, na którym pracujesz. W twoich elektronarzędziach. W lotnictwie, w silnikach odrzutowych, w stopach odpornych na temperatury, gdzie stal zwyczajnie by się rozpłynęła.

I UWAGA – bo bedzie to dla Ciebie wielki szok, zwolenniku paliwa typu diesel czy benzyna, lub LPG… w rafineriach paliw też. Tak, ktoś może powiedzieć, że abyś mógł jeździć swoim autem na benzynę – małe dzieci w Afryce muszą wydobyć najpierw kobalt (I jak się teraz czujesz?). Dużo kobaltu. Po co? Już tłumaczę…

Afrykański kobalt używany jest w katalizatorach, które rafinują ropę na benzynę i diesla, usuwając siarkę, żeby to w ogóle spełniało normy środowiskowe. Tak, te same wyśrubowane normy, które mamy dziś u nas w Polsce i Europie. Bez kobaltu – wasze auta spalinowe by nie jeździły, bo paliwo nie spełniało by wymaganych norm. Kobalt – dzieci – czy ta retoryka brzmi znajomo? Jak się czujecie wiedząc o tym? Bo zakładam, że wcześniej nie wiedzieliście – na bank!!!

Czyli mamy taki trochę paradoks:

ten sam świat, który krzyczy o „brudnych EV”, codziennie tankuje paliwo, które też nie powstało bez udziału tego samego metalu. A baterie? Tu dzieje się coś, za czym zacięta narracja internetowa nie nadąża. Bo prawda jest taka, że przemysł EV nie siedzi i nie mówi „dawajcie więcej kobaltu”.

On robi dokładnie odwrotnie…

Nowoczesne baterie mają go coraz mniej. Można powiedzieć że dziś, to śladowe ilości. Starsze konstrukcje miały go sporo, nowe mają go minimalnie, a część w ogóle go nie ma.

Szczególnie LFP — baterie, które stały się ogromnym trendem — są całkowicie bez kobaltowe. Baterie sodowe, ostatnio również modne, szczególnie w Chinach, również go nie zawierają. Zero – Null – Nic – Ani grama. Używają go jeszcze baterie NMC, ale z roku na rok ilość kobaltu w nich spada. Według oficjalnych informacji, dzisiejsze nowoczesne baterie NMC zawierają od 5-9% kobaltu. Nie więcej… W najnowocześniejszych konstrukcjach tak zwanych LOW-Cobalt – współczynnik ten wynosi mniej niż 3%. Takie są oficjalne dane i to żadna tajemnica.

I to jest właśnie fakt, który jest pomijany przez  większość „anty-EV”

Branża nie jest uzależniona od kobaltu coraz bardziej. Ona się od niego odkleja. Właściwie już prawie się odkleiła. Powoli, ale konsekwentnie. I teraz dochodzimy do rzeczy, która najbardziej boli. Bo można mieć uzasadnioną krytykę EV. Serio. Produkcja baterii ma swój koszt. Surowce są problemem. Łańcuch dostaw nie jest czysty ani romantyczny.

Ale jeśli ktoś mówi, że problem kobaltu to „problem elektryków”, to albo nie rozumie tematu, albo wybiera sobie wygodny fragment rzeczywistości.

Bo ten sam kobalt:

* siedzi w twojej elektronice,

* siedzi w przemyśle lotniczym,

* siedzi w rafineriach paliw (Niespodzianka!!!),

* siedzi w całej nowoczesnej infrastrukturze, która utrzymuje świat w ruchu.

I nagle okazuje się, że auta EV, tak naprawdę nie są takie złe. Złe są skróty myślowe, bezmyślność komentujących i nasze lenistwo.  Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest to, że świat zawsze ma problem z nową technologią. Zawsze.

Kiedyś ludzie bali się samochodów, bo „koń był naturalny”. Serio. To nie jest mem, to historia. Dziś tylko zmienił się obiekt emocji. Zamiast konia mamy EV. Zamiast strachu przed zmianą, mamy internetową pewność, że „wiadomo jak jest”.

Tylko że świat nie działa na zasadzie „wiadomo jak jest”

Świat działa tak, że każda technologia ma swój koszt. I pytanie nigdy nie brzmi „czy jest idealna”, tylko „czy jest lepsza od tego, co było wcześniej”.

I tu jest sedno, które wielu omija. Nie ma czystego przemysłuNie ma czystych surowców. Nie ma czystej energii w absolutnym sensie. 

Są tylko systemy, które próbują być mniej destrukcyjne niż poprzednie. Nic co człowiek wytwarza w swoich fabrykach, nie jest ani ekologiczne, ani obojętne dla naszej planety. I dokładnie dlatego cała branża – nie tylko jedna firma, nie tylko jeden kraj – idzie w stronę elektryfikacji. Na całym świecie!

Nie dlatego, że ktoś zrobił dobry PR.

Tylko dlatego, że po chłodnym rachunku wychodzi, że to działa lepiej w długim okresie. Mniej destrukcyjnie. I tak, zanim zaczniecie znów komentować bez namysłu, SĄ  BADANIA naukowe, które jasno mówią, że w całym cyklu życia produktu, w tym wypadku auta – na benzynę czy diesla i auta elektrycznego, to ostatnie jest bardziej ekologiczne.

Elektryk jest od 30 do aż 70% bardziej ekologiczny. Skąd ta rozbieżność? Spowodowana ona jest tym, jaką energią ładujemy nasze EV. W Polsce jest to minimum, czyli nasz elektryk osiągnie poziom 30%, jednak w Norwegii, która pozyskuje aż 99% zielonej odnawialnej energii, elektryk jest aż o 70% a niektóre źródła mówią o 80%, bardziej ekologiczny niż auto spalinowe. Możecie to sprawdzić miedzy innymi w: ICCT (International Council on Clean Transportation), IEA (International Energy Agency), Transport & Environment, analizy lifecycle publikowane w Nature i Sustainability.

Reszta to już emocje. A emocje w internecie zawsze wygrywają z faktami, bo są prostsze.

Tylko że prostsze nie znaczy prawdziwsze

Więc teraz zanim zamieścicie w sieci zdjęcie biednych małych afrykańskich dzieci i napiszecie, że EV to dla nich samo nieszczęście i właściwie żyją tak, właśnie przez samochody elektryczne, zastanówcie się dwa razy, albo trzy. Spójrzcie na swoje spalinowe auto zaparkowane pod domem i przypomnijcie sobie, ile kobaltu musi być wydobyte aby katalizatory w rafineriach mogły zrobić Wasze ulubione paliwo, do waszego ulubionego auta spalinowego. I pomyślcie.. czy aby na pewno rafinerie nie kupują tego kobaltu od dzikich i nielegalnych fabryk? Bo producenci baterii muszą pokazać dokumenty na to, skąd kupują kobalt, są sprawdzani. A czy ktoś sprawdza rafinerie? No właśnie… Zakładam że tak, ale jak mówi internet: „Pewności nie ma 😉”

Mały przypis -cytat, na koniec, żebyście dobrze zapamiętali:

„Katalizatory rafineryjne to urządzenia używane w rafineriach ropy naftowej, które pomagają „przerabiać” ciężką ropę na bardziej użyteczne produkty:

* benzynę,

* diesla,

* paliwo lotnicze,

* LPG,

* surowce dla chemii i plastiku.

Kobalt jest tam używany jako składnik katalizatorów chemicznych.

Najczęściej chodzi o procesy:

* hydroodsiarczania (usuwania siarki z paliw),

* hydrokrakingu,

* oczyszczania paliw.

Bez tego współczesne paliwa nie spełniałyby norm emisji. Ocenia się że rafinerie używają maksymalnie nawet do 10% światowego wydobycia Kobaltu, który trafia do różnych rodzajów katalizatorów.”

Fot: x.com/MonwabisiKete

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *