Czas wracać do domu. To jak zwykle była niezapomniana i wspaniała wyprawa do części Włoch, która zawsze przyciąga nas jak magnes.
Jednak w naszym przypadku sam powrót, jest zawsze ekscytujący i bardzo widowiskowy, co zobaczycie na własne oczy:) Ruszyliśmy w kierunku Modeny, a nasza Tesla z ogromnym przebiegiem radziła sobie doskonale. Co prawda nie ładowała się jak szatan, ale co ważne, jechała cały czas za darmo. Mogliśmy więc nieco dłużej zaczekać na auto aż bateria będzie naładowana do odpowiedniego poziomu.


Nocleg, jak zawsze
Zawsze kiedy podróżujemy po Europie, staramy się wybrać na nocny odpoczynek hotele ciekawe i ciekawie położone. Ten hotel nad Jeziorem Garda, które dobrze znamy, znajdował się w miejscowości Gardone Riviera. Mało tego, znajdował się, można powiedzieć tuż nad wodą. Przy miłym deptaku, który na początku października świecił nieco pustkami. I całe szczęście, bo nie lubimy tłoku. Jednak październik rządzi się swoimi turystycznymi prawami i o ile w miastach takich jak Rzym, Praga, czy Budapeszt spotkamy o tej porze mnóstwo turystów, o tyle miejsca takie jak to są ich na szczęście pozbawione. Choć nie mówię, że turystów nie było wcale. Byli, ale nazwijmy to, w rozsądnej liczbie.
Hotel Du Lac Gardone Riviera
Miejsce wyjątkowo spokojne o wyjątkowym położeniu. Tuż nad brzegiem Jeziora Garda.
Auto musieliśmy zostawić niestety jakieś 200-300 metrów od hotelu, na parkingu, znajdującego się przy ulicy. Trochę się obawiałem, ale niesłusznie. Nic złego się nie wydarzyło, a auto rano zastałem bezpieczne i nienaruszone. Mimo, że wewnątrz było sporo rzeczy, jak to w aucie, którym pokonuje się kilka tysięcy kilometrów w trasie.
Hotelowe pokoje były dość przestronne i bardzo wygodne. Łóżka duże, a w rogu koło szafy, dość słusznych rozmiarów, stała mała lodóweczka. Była ona idealna do tego aby schłodzić na wieczór, jedno z doskonałych toskańskich win, które zakupiliśmy po drodze. Widok zaś z naszego balkonu był nieziemski, szczególne o poranku, kiedy Garda była zasnuta poranną mgłą.



Łazienka, chwila komfortu w podróży
Ta łazienka zasługuje na osobny rozdział. Była może niezbyt duża, ale bardzo ustawna, a co najważniejsze miała wielką kabinę prysznicową. A to, po całym dniu jazdy autem, nagroda sama w sobie.



Stałem więc, jakieś dobre 20 minut, w strumieniach ciepłej wody i rozkoszowałem się przestrzenią kabiny prysznicowej. Niestety czasami trafiają się w hotelach odwiedzanych przez nas, malutkie i ciaśniutkie kabinki. W których ciężko się umyć, co najwyżej można się opłukać:) Wystrój jak widzicie, był iście industrialny. Jednak wszędzie zarówno w pokoju, jak i łazience panowała nienaganna czystość. Łazienka na pięć z plusem, bezapelacyjnie.
Miasteczko i pustawy deptak, tuż nad jeziorem
Nie chodziliśmy po całym mieście. Tylko w pobliżu hotelu. Przeszliśmy cały deptak do końca, znajdując ciekawe zabudowania z epoki, niektóre poddawane renowacji. Większość budynków powstała w XIX i na początku XX wieku. Mają one nieodparty urok i przywracają na myśl, filmy kostiumowe z tamtego okresu. „Duma i uprzedzenie” czy „Małe kobietki”. Ich akcja z tego co pamiętam, nie działa się co prawda nad Jeziorem Garda, ale chodzi tylko o podobieństwo epoki i architektury. Takie tam skojarzenie, mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem, bo osobiście wolę filmy wybiegające w przyszłość. Jednak często muszę poddać się w tej kwestii woli mojej piękniejszej połowy. Czyli… zasiąść i oglądnąć od deski do deski film o miłości. Najlepiej taki, ze szczęśliwym zakończeniem. Czego człowiek nie zrobi z miłości:)…


Było jak widzicie urokliwie, pusto i bardzo przyjemnie. Zbliżał się wieczór, więc udaliśmy się w stronę części hotelowej deptaka, gdzie przed kolacją, udało nam się przysiąść na chwilę przy stoliku w jednej z restauracji i przetestować umiejętności jednego z tutejszych barmanów. Kosztując wybornego Aperol Spritza w promieniach zachodzącego słońca. Tak, to idealne zwieńczenie popołudnia. Choć przed nami było jeszcze coś wyjątkowego, ale o tym za chwilę.


Wyborna kolacja z widokiem wprost na taflę Jeziora Garda
Doskonałe wino, białe lekko schłodzone. Smakowało wybornie w dość nietypowym towarzystwie owoców morza. Było też zimniutkie piwo, tak wiem, że to grzech pić piwo w takim miejscu z owocami morza. Ale cóż, trzeba czymś ugasić pragnienie. Potem można się rozkoszować winem:) Zazwyczaj zamawiam moje ulubione Fritto Misto. Jednak tu nie mieli tego dania. Mieli, jak się wyraził kelner, inną wersję, dużo ciekawszą. Cóż… zaciekawiło mnie to i to bardzo.
Inna wersja była bardzo ciekawa, a na dodatek wyglądała obłędnie. I to dosłownie.


Choć nie było to Fritto Misto jakie znam, to danie skradło moje podniebienie. Proste, ale jednocześnie podane w wyszukanej formie. Idealnie doprawione. Idealnie przyrządzone. To było 10/10 – absolutnie. Mięso owoców morza było delikatne i rozpływało się w ustach. Wszystko smakowało tak, jak smakować powinno. Po takim królewskim posiłku, udaliśmy się na wieczornego drinka z widokiem na jezioro. Ale to już w naszym pokoju, a konkretnie, na balkonie hotelowego pokoju. Było cicho i spokojnie. Pełen relaks…
Aha, jakby ktoś był ciekawy, to zrobiłem fotki menu restauracji Hotelu Du Lac.



Ceny, jak widać na poziomie średniej europejskiej. Nie za tanio, nie za drogo. Oczywiście na dziś mogły one ulec zmianie. Czas leci nieubłaganie, ceny niestety też rosną nieubłaganie:)
Czas ruszać… Czechy czekają
Po tym, jak obudziliśmy się nad Gardą, wypoczęci i odświeżeni, było jak zwykle śniadanie i szybkie pakowanie. Czas ruszać w dalszą drogę. Kierunek czeska miejscowość Lednice. Tam mieliśmy nocleg i 856 km, do przejechania. A w przypadku starego Modelu S, który nie był demonem prędkości ładowania, było to małe wyzwanie. Oczywiście, zarówno my jak i auto poradziliśmy sobie z zadaniem wzorowo. Wyruszyliśmy koło godziny 9:00 rano, po dobrym hotelowym śniadaniu. Jechaliśmy cały dzień, ładując auto w niesamowitych miejscach. Jak Supercharger w Trydencie, obok Hotelu B&B, gdzie mają wyborne espresso, za 1 euro. Pycha…


Równie a może nawet bardziej spektakularne widoki, zastały nas na przełęczy Brennera. Tamtejszy Supercharger, jest niesamowicie położony. Widoki zapierają dech, i człowiek usiadłby sobie koło auta i tak siedział i podziwiał widoki. Zdecydowanie dłużej, niż ładuje się auto. Nawet tak leciwe jak nasza Ska z 2014 roku. Nadmienię zresztą, że mój kolega, który pożyczył nam auto na tą podróż, ma je do dziś. Nie pozbył się go. To chyba miłość do ostatniego tchnienia… Dziś, ta tesla ma ponad 615 000 km. Ciągle jeździ i służy właścicielowi niezmiennie.


Ta stacja ładowania Tesli, przy autostradzie A22, położona na Przełęczy Brennera, jest niczym magiczna kraina. Widoki są po prostu, takie jak widzicie. Nie chce się odjeżdżać. Ale niestety, trzeba było i to w miarę szybko, bo czekało nas jeszcze ładnych kilkaset kilometrów jazdy.
Do Hotelu w Czechach dotarliśmy nieco po 21:30. Pamiętam, bo Pani w hotelowym barze, zdążyła już posprzątać i niestety nie przepłukałem ust zacnym czeskim trunkiem lanym „z kija” do zimnego kufla. Musieliśmy się zadowolić tym, co sprzedał nam miły pan w recepcji hotelu. Piwo było znakomite, jak to w Czechach, niestety jego cena, odbiegała od sklepowych, czy nawet restauracyjnych czeskich cen. No cóż… trudno się mówi i się płaci. A ten złoty i zimny trunek, po ponad 12 godzinach w drodze, potrafi utulić do snu, jak nic innego. To był długi dzień, po drodze zwiedziliśmy jeszcze co nieco, ale głównie była to jazda, ładowanie i jedzenie w międzyczasie.
Lednice – Hotel Galant
Nasz czeski nocleg. Wygodny z zimnym piwem w tle. Zaparkowaliśmy pod samymi drzwiami. Pan z recepcji z którym byłem „na telefonie” podczas jazdy, sprawił się doskonale. Hotel nie ma stacji ładowania. Ma za to, zwykłe gniazdko 230V, na zewnątrz, tuż obok wejścia. Po przyjeździe zastałem tuż obok wejścia kartkę z rezerwacją miejsca, na moje nazwisko. Ładowanie gratis. Wolne, ale zawsze coś tam przez noc, wpadnie do baterii. Nie pamiętam imienia i nazwiska pana z recepcji, ale był to bardzo inteligentny i pomysłowy młody człowiek. Poza tym bardzo uprzejmy i pomocny. Właśnie tego oczekuje gość, który przyjeżdża w nieznane miejsce po dniu spędzonym za 'kółkiem”. Tu… było idealnie. brawa dla hotelu, za to, że potrafi dobrze dobrać swój personel. Brawa dla personelu za fachowość, pomysłowość i uprzejmość!


Przez noc auto przyjęło około 23 kWh darmowej hotelowej energii. Wystarczyło to, aby spokojnie dojechać do kolejnego Superchargera na naszej trasie.
Po dobrym, naprawdę dobrym śniadaniu, któremu niestety nie cyknąłem fotek 9, udaliśmy się na mały spacer. Lednice to piękna miejscowość. Jest tam zabytkowy pałac i piękny ogród. Oczywiście atrakcji znajdziemy tam więcej, niestety my musieliśmy ruszać w dalszą drogę.





Nasze ostatnie dwa ładowania, to znane Wam doskonale Superchargery w Ołomuńcu i Katowicach. Ale to już można powiedzieć miejsca, znane wszystkim włóczykijom. Sam wyjazd zaś podsumowując, był niesamowity.


Zobaczyliśmy mnóstwo pięknych rzeczy. Ciekawych miast, cudownych zabytków. Byliśmy i na plaży i w winnicy z naszym koszem piknikowym. Jedliśmy niesamowite lokalne dania, przyrządzone z lokalnych składników, przez moją żonę. Piliśmy wreszcie wyborne włoskie wina. Właśnie takie wyjazdy, pozostaną długo w naszej pamięci. Intensywne i męczące, ale kiedy pada hasło: jedziemy? Nie zastanawiamy się ani chwili. Po prostu wsiadamy w takie auto elektryczne, jakie mamy dostępne i ruszamy przed siebie. Wiemy, że każda taka podróż, będzie niezapomniana. Tu nie ma złych wyborów. Chorwacja, Czechy, Austria, Włochy, czy Francja… każde z tych krajów, ma do zaoferowania niesamowite rzeczy. Dania, wina, widoki, zabytki, jeziora, góry! Czego chcieć więcej?
Już niedługo nowe materiały na temat kolejnych wyjazdów. Będzie się działo, bo materiałów mam chyba aż za dużo…:)
Koniec części 5 – ostatniej.



