Apulia smakuje najlepiej o świcie. Śniadanie, dla którego warto wracać na południe Włoch…

Apulia smakuje najlepiej o świcie. Śniadanie, dla którego warto wracać na południe Włoch, bez chwili zastanowienia! Ale dla jasności, to nasza wersja śniadania – na bogato! Włosi są… nazwijmy to – mocno oszczędni, jeśli chodzi o poranny posiłek. My? Zdecydowanie nie…😉 Ale zacznijmy całą historię od początku.

Zaznaczam! – z naszego punktu widzenia.

Są takie poranki, których nie da się kupić. Nie znajdziecie ich w katalogach biur podróży, nie sprzedają ich luksusowe hotele, nie da się ich zamówić w aplikacji. Trzeba je po prostu przeżyć.

Jeszcze zanim słońce na dobre wyjrzy zza dachów białych domów Apulii, w powietrzu czuć już ten charakterystyczny zapach południa. Rozgrzana ziemia oddaje ciepło zgromadzone poprzedniego dnia, gdzieś w oddali słychać pierwsze skutery, a cykady – jakby wiedziały, że za chwilę temperatura znowu przekroczy trzydzieści stopni – zaczynają swój codzienny koncert.

Dom dopiero budzi się do życia…

U sąsiadów ktoś otwiera okiennice. Ktoś inny podlewa kwiaty. A ja idę do kuchni z jedną myślą.

Kawa!

Nie z ekspresu za kilka tysięcy złotych. Nie z modnego automatu. Tylko z niewielkiej włoskiej kawiarki, która stoi na kuchence od tylu lat, że pewnie pamięta jeszcze poprzednich właścicieli domu.

Jest w tym jakiś rytuał. Wsypujesz świeżo zmieloną kawę. Nalewasz wodę. Zakręcasz. Stawiasz na ogniu. Po chwili rozlega się ten charakterystyczny syk i taki jakby bulgot. Chwilę później cały dom pachnie espresso – świeżutką, włoską, wyborną!

Nie ma lepszego budzika, ani przyjemniejszego zapachu, który cię budzi o poranku.

Z kubkiem gorącej kawy wychodzę na taras. Słońce dopiero zaczyna wspinać się po niebie, wiadomo jednak, że za godzinę będzie prażyło bez żadnej litości. Taki jest południowy klimat. Bez kompromisów. 35 stopni pewne, jak wschód słońca. Za chwilę dołączają znajomi.

Ludzie, których znamy od ponad trzydziestu lat

To właśnie z nimi od lat odkrywamy kolejne zakątki Europy. Może nie cały czas, ale naprawdę dość często. Przejechaliśmy razem tysiące kilometrów, widzieliśmy setki miejsc, ale są chwile, które zostają w pamięci bardziej niż najpiękniejsze widoki.

Takie jak wspólne śniadanie. Nasze apulijskie śniadanie. Nasze osobiste – nie mylić z włoskim śniadaniem. Te dwa nie mają ze sobą nic wspólnego. Bo nasze przypomina raczej dobry obiad… a to włoskie, typowe – to ledwie rogalik i kawa😉!

Nasze żony od rana krzątają się w kuchni, a my – zgodnie z odwieczną męską tradycją – oczywiście „bardzo pomagamy”😉. Przeniesiemy talerze. Otworzymy butelkę wody. Spróbujemy sera. Skontrolujemy jakość szynki. Ktoś przecież musi. To bardzo ważne czynności, których absolutnie nie pomijamy. Choć Artur się powstrzymuje od ciągłego sprawdzania jakości produktów, widać że na dłuższą metę nie da rady. To Włochy a produkty, które się tu kupuje, jakościowo są lata świetlne przed tym, co często jemy na śniadanie w naszym smutnym kraju.

Po kilkunastu minutach na stole zaczyna pojawiać się prawdziwa uczta…

Tak jak pisałem wyżej! Nie taka hotelowa, gdzie wszystko wygląda idealnie, ale smakuje tak samo. Tutaj wszystko ma swoją historię.

Na ogromnym półmisku lądują cienkie plastry Prosciutto di San Daniele. Delikatne, niemal rozpływające się w ustach, w towarzystwie słodziutkiego melona. Na innym kilka rodzajów salami. Jest klasyczne, jest pikantne, ale największą gwiazdą zawsze okazuje się Finocchiona – toskańskie salami z dodatkiem nasion kopru włoskiego. Charakterystyczny, lekko anyżowy aromat sprawia, że trudno pomylić je z czymkolwiek innym. Cała nasza czwórka je uwielbia. Jest też wyborna Mortadella z pistacjami, są świeżutkie figi z lokalnego targu i zdrowe avocado.

Kilka chwil później pojawia się mozzarella. Nie byle jaka. Małe śnieżnobiałe kulki bocconcini, które po przekrojeniu dosłownie rozpływają się na talerzu znacie dobrze. Obok burrata, którą też większość z Was kojarzy. A zapewne ją jedliście, bo to prawdziwa delicja wśród serów. Królowa włoskich serów, jak mawiają…

Z zewnątrz wygląda niepozornie. Dopiero kiedy rozkroisz ją nożem, ze środka powoli wypływa kremowe wnętrze ze śmietanką i stracciatellą. I nagle człowiek przypomina sobie, że przez całe życie jadł zupełnie inną burratę niż ta, która naprawdę powinna tak smakować. Na naszej polskiej – wspólny z tą apulijską, jest tylko napis na opakowaniu. Nic innego… uwierzcie mi na słowo. Albo najlepiej jedźcie do Apulii i spróbujcie sami😉! Wtedy poczujecie różnicę. Oryginalna włoska burrata – to po prostu mistrzostwo świata… i już.

Pomidory?

Ach… te ich pomidory! Dopiero w południowych Włoszech człowiek przypomina sobie, jak powinien smakować pomidor. Dojrzewający w pełnym słońcu, słodki, soczysty, pachnący latem. Kilka kropel oliwy extra vergine. Odrobina gęstego octu balsamicznego, który dodaje tej delikatnej słodyczy lekko kwaśnego kontrapunktu. Balsamico musi być nie byle jakie. My szukamy zawsze oryginału z Modeny. Nie jakichś tanich podróbek. Napis na butelce Modena – robi ogromną różnicę, bez dwóch zdań! I nic więcej nie potrzeba. Tak podany pomidor to pomidor idealny.

Na kolejnym talerzu lądują roladki z mozzarelli nadziewane Prosciutto Cotto (gotowaną szynką, naprawdę wyborną), z dodatkiem grillowanej cieniutko pokrojonej cukinii. Proste połączenie, a jednocześnie idealny dowód na to, że włoska kuchnia nie potrzebuje dwudziestu składników. Wystarczy kilka ale naprawdę dobrych.

Obok czeka miseczka z warzywami przygotowanymi poprzedniego wieczoru. Małe cukinie. Kolorowa papryka. Czerwona cebula. Bakłażan. Co kto lubi…

Wszystko podsmażone powoli na oliwie, z czosnkiem, świeżą bazylią i oregano. Smak południa zamknięty w jednej misce. Właściwie taka patelnia świeżych warzyw na oliwie to idealne danie samo w sobie. Do tego widzę świeżą, a jakże – focaccię i wyborne schłodzone białe wino (Moje ostatnie odkrycie to Vermentino di Sardegna – rewelacyjne, białe wytrawne wino, dość delikatne i co mnie zachwyciło – na końcu czujemy lekko gorzką nutę. Dla mnie bajka a nie wino). Już taki zestaw by wystarczył. Ale nie kiedy gotują nasze żony, o nie! One jeńców nie biorą a zgaga po posiłku, to najmniejsze zmartwienie😉.

Potem przychodzą one… cudowne!

Małe, niepozorne bułeczki, których podczas pierwszego wyjazdu tutaj nie potrafiliśmy nawet poprawnie nazwać. To małe Paninni, ale takie domowe. Niewielkie, miękkie w środku, delikatnie chrupiące z zewnątrz. Jedne z rozmarynem, inne z pancettą, jeszcze inne z oliwkami albo cebulą. Próbowaliśmy również całkiem fajnego chleba. Lekko ciemny, bardzo miękki. Podgrzany na oliwie z dodatkiem kawałków czosnku, idealnie smakował do dużego wyboru wędlin i innych dodatków.

Jednak nasze serca i kubki smakowe, skradły właśnie te małe bułeczki. Niby nic specjalnego… do momentu, kiedy zjesz pierwszą. Potem sięgasz po następną. I jeszcze jedną. Aż nagle orientujesz się, że zniknęła połowa koszyka. Jednak…

Królowa wypieków jest tylko jedna!

To Focaccia Barese, która musiała się pojawić na naszym stole. Moja żona nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała jej zrobić własnoręcznie. Efekt – krótko mówiąc? Przepyszny, smakowity i chrupiący. Zresztą jedliśmy ją nie jeden raz i nie tylko na śniadanie. Można ją jeść samą. Idealnie nadaje się do zagarniania sosiku, który powstaje przy gotowaniu owoców morza, na bazie białego wina (jedliśmy a jakże😉). Powstaje wtedy zawiesisty i smaczny sos, który idealnie wsiąka w focaccię. Co tylko wzbogaca jej i tak wyborny smak. Kurczę… pisze to i już zaczynam robić się głodny. Ciężkie to życie…😉. Pisanie na „głodniaka” to zdecydowanie słaby pomysł.

Ale właśnie takie są Włochy!

Nie próbują niczego udowadniać. Nie potrzebują złotych talerzy ani gwiazdek Michelin na każdym rogu.

Tutaj liczy się produkt i jego smak! Koniec i kropka.

To, że mozzarella powstała kilka kilometrów dalej. Że pomidory jeszcze wczoraj rosły na krzaku. Że oliwa pochodzi z gaju oliwnego sąsiada. I że piekarz od czwartej rano wypiekał właśnie te małe bułeczki, które teraz znikają z naszego stołu w tempie, którego nie powstydziłaby się najlepsza włoska restauracja. Śniadanie przeciąga się. Nikt nigdzie się nie spieszy. Rozmowy płyną swoim rytmem. Dolewka kawy? Obowiązkowo… z tym nikt tu nie dyskutuje! Wśród nas tylko Artur nie przepada za kawą. Dziwne… ale z czasem przeciągniemy go na jasną stronę mocy ( a może ciemną? Jeśli bez mleka😉). Bez dwóch zdań! Właśnie taka czego go przyszłość!

Wracamy wspomnieniami do poprzednich podróży, planujemy kolejne, śmiejemy się z historii sprzed lat. Trzydzieści lat przyjaźni robi swoje. Znamy swoje żarty, kończymy za siebie zdania, a czasem wystarczy jedno spojrzenie, żeby wszyscy wybuchnęli śmiechem.

I właśnie wtedy dociera do mnie coś jeszcze

Tak naprawdę nie pamiętam już wszystkich zabytków, które zobaczyłem podczas wcześniejszych wyjazdów. Nie pamiętam nawet wielu nazw miejscowości.

Za to doskonale pamiętam takie poranki.

Zapach kawy z kawiarki!

Smak burraty, czy smażonych kwiatów cukinii, które uwielbiamy!

Chrupiące mini paninni z rozmarynem. Pierwszy dojrzały pomidor przekrojony na pół. Śmiech ludzi, których znam od trzech dekad.

Bo podróże nigdy nie składają się wyłącznie z kilometrów. Tworzą je właśnie takie chwile.

Długie śniadania, podczas których nikt nie patrzy na zegarek. Stół uginający się od lokalnych produktów. Czyli tak bardziej po polsku niż po włosku:)

Słońce, które z każdą minutą coraz mocniej przypomina, że jesteśmy na samym południu Italii. I świadomość, że za chwilę znowu ruszymy przed siebie. Odkrywać kolejne miasteczka, plaże i smaki Apulii.

Ale najpierw…

Jeszcze jedna filiżanka espresso.

Bo we Włoszech dzień naprawdę zaczyna się dopiero po dobrej kawie, albo kilku ☕🇮🇹… cappuccino się nie liczy😉!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *