Trentino Alto Adige… czy to na pewno Italia? Część 2

Merano to niewielka miejscowość. Niecałe 40 000 ludzi i piękna stara architektura. Miasto przecina dość wartko płynąca rzeka. Nie jest ogromna, ale nadaje miastu swoistego charakteru. Ale miastem, notabene przepięknym, zajmiemy się nieco później. Na razie mamy na tapecie nasz hotel, do którego przyjechaliśmy około godziny 16:00 po południu. Obiekt nazywa się…

Hotel Burggräflerhof…

I jest naprawdę wyjątkowy. Nie jest ani super nowoczesny, ani super wypasiony, jeśli wiecie o co mi chodzi. Jest po prostu na naprawdę dobrym, solidnym poziomie. Sam obiekt ma dość nietypowy dla nas, aczkolwiek typowy dla miasta podjazd. Wąskie uliczki, niby dwukierunkowe, ale minąć się z kimś – raczej niemożliwe! Inna historia, że ruch na nich jest naprawdę bardzo mały. Podjechaliśmy więc wprost pod wejście główne, gdzie jest też kilka miejsc parkingowych.

Jednak główny parking podziemny znajduje się po lewej stronie hotelu. Mieści on kilkadziesiąt aut i jest zamykany. Samochody więc stoją sobie bardzo bezpiecznie. Mamy tu również stację ładowania, niestety nie użyłem jej ani razu, gdyż mając darmowe kilometry z programu Tesla Referral, nie było potrzeby używać płatnego ładowania auta w hotelu. Jednak taka możliwość istnieje i można sobie EV doładować, jeśli musicie to zrobić. Hotel ma też drugą stację, bardziej w głębi, na końcu podziemnego parkingu, która służy ładowaniu elektrycznych rowerów.

Pokoje – obszerne i naprawdę wygodne

Nasz pokój był bardzo duży. Właściwie było to coś w rodzaju apartamentu a nie typowego pokoju hotelowego. Choć nie rezerwowaliśmy apartamentu, tylko właśnie pokój. Mieliśmy więc do dyspozycji główny pokój, bardzo duży z dużym i wygodnym łóżkiem.

W tym samym pomieszczeniu był również kącik z małym stołem i dwoma krzesłami, tuż obok wyjścia na balkon, z którego mieliśmy widok na winnicę.

Po lewej stronie było małe przepierzenie za którym znajdowało się coś w rodzaju części mogącej służyć zarówno wypoczynkowi jak i pracy. Była tam niewielka kanapa i pod ścianą dość duże i wygodne, choć wąskie biurko, na którym oczywiście stanął mój komputer.

Łazienka to ważna sprawa…

Łazienka w hotelu musi być wygodna, bez dwóch zdań. W tym hotelu jest ona naprawdę obszerna i bardzo wygodna. Mamy tu i kabinę prysznicową i wannę, do wyboru do koloru. Zresztą zobaczcie sami. Pełen komfort. Mamy też dobrej jakości kosmetyki z których oczywiście korzystaliśmy. Są naprawdę ok, zdecydowanie ponad przeciętną, którą się spotyka w hotelach.

Ogólnie zarówno sam pokój, jak i łazienka były bardzo duże, bardzo czyste i bardzo zadbane. Widać, że obsługa hotelowa zna się na swojej „robocie”, bo zarówno przybory toaletowe, papier, ręczniki zawsze były świeże, czyste i elegancko złożone. Ale pokój to nie jedyna zaleta tego hotelu. Jest tu coś naprawdę wyjątkowego. To szef kuchni i oczywiście to, co ten gość w niej wyrabia, ale o tym za chwilę…

Idąc do restauracji mijamy chyba wszystkie zakątki tego hotelu. Recepcję, bar a idąc nieco dalej trafiamy do sali restauracyjnej. I powiem Wam… to jest kulinarny raj, i to przez duże „R”.

Restauracja to miejsce wyjątkowe… bez dwóch zdań!

Szef kuchni to zdecydowanie gość z wizją. Wizją kuchni nowoczesnej, ale zawierającej smaki tradycji. Jest elegancko, lekko, nowocześnie. Jednak w komplecie mamy ferie smaków, charakter i elegancję, rodem z najlepszych pięciogwiazdkowych hoteli Europy. Jednocześnie mamy też smaki lokalne, pochodzące stąd z Trentino.

Przystawka, danie główne, deser… wszystko to zasługuje na najwyższą ocenę.

Najpierw wjechał Aperol i zimne lokalne piwo. Doskonałe i orzeźwiające. Po jeździe w promieniach alpejskiego słońca, takie napoje były jak nagroda.

No i mieliśmy swój stolik. Co prawda obsługa hotelu nie rozgryzła naszego nazwiska, więc zostaliśmy „Familią Mariusz”. Cóż… dla mnie może być, nie przeszadza mi to. Dla mojej żony było to, jak to określiła „słodkie” (ach te kobiety😉). Ok, niech będzie Famila Mariusz!

Menu – musieli nam tłumaczyć na angielski, ponieważ nie mają w standardzie tego języka (raczej używa się tu języka niemieckiego, włoskiego i ladyńskiego -to historyczny język retoromański, pochodzący z łaciny wulgarnej, którym posługuje się mniejszość narodowa zamieszkująca doliny Dolomitów, coś około 50 000 osób). Ale poradzili sobie znakomicie, szczególnie, kiedy miła pani z obsługi tłumaczyła nam o co chodzi z poszczególnymi daniami. No i musieliśmy dzień wcześniej wybrać sobie to, co chcieliśmy znaleźć na naszych talerzach.

Starterek czy coś w tym rodzaju…🤔

To był prawdziwy początek naszej kulinarnej przygody. Przystawka wjechała dopiero później… ale po kolei.

Kiedy zjawiasz się na sali, miła kelnerka usadza cię przy odpowiednim stoliku, masz chwilę czasu na zapoznanie się z ofertą bufetu. Jest to forma przekąskowa, przed głównym posiłkiem. Ale nie myślcie, że dają tu byle co aby zapchać wam żołądki. O nie! To co znajdziecie w bufecie jest mistrzowskim połączeniem świeżych składników i wybornego ich wykorzystania. Tak więc znaleźliśmy tu delikatesy, które uwielbiamy i zawsze chętnie je jemy, kiedy tylko jest okazja. A będąc w regionie Trentino, kolebce tychże przysmaków, liczyliśmy po cichu, że je tu znajdziemy.

Mnogość sałatek i dodatków do nich, to właściwie standard w dobrym hotelu, ale już podane jednocześnie Carne Sladada (tradycyjny, włoski specjał z regionu Trydent -Trentino, składający się z najwyższej jakości kruchej wołowiny peklowanej w soli morskiej oraz aromatycznych przyprawach), oraz Vitello tonnato (klasyczne włoskie danie pochodzące z Piemontu, które składa się z cienko pokrojonej, gotowanej cielęciny serwowanej na zimno pod aksamitnym, kremowym sosem z tuńczyka) – to – moi drodzy Państwo, po prostu mistrzostwo świata, bez dwóch zdań. Absolutny TOP kulinarnych doznań… a to był dopiero początek😉.

Zresztą co ja tu będę pisał. Jak to mówią? Jeden obraz wart tysiąca słów!!!

Przystawka…

Prawdziwe przysmaki! Kolejne… czyi tortellini z mąki chleba świętojańskiego z alpejskim serem i figami, w towarzystwie kokosa. Było też dyniowe consome (smaczny rosołek) z nutą trawy cytrynowej, z placuszkami wegetariańskimi. I powiem Wam tak… to było mistrzostwo świata przystawek. Lekki warzywny rosołek, w środku coś na wzór zawijanej roladki – przepysznej. A na drugim talerzu, cóż – pierożki z uczciwym i smacznym nadzieniem z sera i do tego świeże figi. Wszystko podane w towarzystwie lekkiej jak chmurka pianki kokosowej. Aha, żebym nie zapomniał. W rosołku pływało jeszcze, coś czarnego, w sensie jakichś kropli, jak balsamico, lub coś w tym stylu. Dodawało charakteru i smaku ale nie smakowało jak balsamico. Nie wiem co to było, ale pasowało idealnie do całości dania.

Główne jest najważniejsze… ale nie koniecznie najcięższe!

Danie główne było… malutkie. Ale jakże smakowite i intensywne. Podano nam duszoną łopatkę cielęcą z hummusem i brokułem, oraz sandacza w panierce, który owinięty był ziemniaczanym spaghetti!!! 😱

Wszystko było zrównoważone, smaczne, idealnie wręcz doprawione… i ja jako główny czepialski w naszej rodzinie, nie miałem się po prostu do czego przyczepić. Smakowało mi bardzo.

Ale to nie był koniec…

Na zakończenie kolacji pojawił się deser, który idealnie oddawał charakter Południowego Tyrolu – prostota lokalnych składników, podana w nowoczesnej, niemal artystycznej formie. Ten ich szef kuchni, to niesamowity koleś. Ma zdolności nie tylko do tego aby łączyć odpowiednio smaki, ale też układać wszystko na talerzu, nie przymierzając, jak najlepsi malarze. Tak więc…😉

Są artyści, którzy tworzą na płótnie. Są tacy, którzy wybierają marmur. Monet miał kolory, Rodin „dłutował” w kamieniu, a wielcy mistrzowie malarstwa, potrafili z kawałka płótna zrobić coś, na co człowiek patrzy przez lata. Szef kuchni ma tylko jeden wieczór. I jeden talerz.

Jego płótnem jest porcelana, farbami – produkty, a pędzlem wszystko to, czego nauczył się przez lata pracy. Kompozycja powstaje w kuchni, ale dzieło żyje przy stole. I znika kilka minut później. Niestety to krótki czas ale klienci, którzy jedzą te doskonałości, długo o tym nie zapomną. Chyba to jest najlepszą nagrodą dla szefa kuchni, przynajmniej według mnie😉!

Może właśnie dlatego kuchnia jest jedną z najbardziej ulotnych form sztuki. Malarz może powiesić obraz w galerii. Szef kuchni może tylko patrzeć, jak jego arcydzieło znika kęs po kęsie. Ale chyba mu się to podoba… szczególnie kiedy gość restauracji ma uśmiech na twarzy, spożywając posiłek. Ale wiecie – taki uśmiech od ucha do ucha. Nie byle jaki😉. A my mieliśmy… właśnie taki.


Delikatny mus twarogowy balansujący pomiędzy lekkim sernikiem a aksamitną panna cottą, który został zestawiony z pieczonymi śliwkami, subtelnym kremem waniliowym i maślaną kruszonką. Całość dopełniał aromat cynamonu, który nie dominował, lecz dyskretnie podkreślał owocową słodycz deseru.
To nie był deser przesadnie słodki. Raczej harmonijna kompozycja kremowości, owocowej kwasowości i korzennych nut, podana z elegancją charakterystyczną dla najlepszych restauracji Merano. Jeden z tych deserów, które bardziej się celebruje, niż po prostu zjada.


Czyli kwintesencja Merano, Południowy Tyrol – miejsce, gdzie włoska finezja spotyka alpejską tradycję. Chyba takie określenie pasuje do tego co zjedliśmy najbardziej. I choć nie jestem smakoszem słodkości, to ten deser pochłonąłem do ostatniego okruszka i ostatniej kropelki.

Koniec pierwszego dnia pośrodku włoskich szczytów

Tak oto zakończyliśmy ten intensywny alpejski dzień. Na zapoznaniu się z hotelem, podziwianiu pięknych widoków, rozmowach z właścicielem i przede wszystkim na zachwycaniu się tutejszą jakże wyborną, wyrafinowaną i ogólnie mówiąc – przesmaczną kuchnią. To było doznanie wyjątkowe, którego tak naprawdę trochę się nie spodziewaliśmy. Miało być po góralsku, swojsko i smacznie. Tym czasem zaskoczono nas na całej linii. Okazało się, że włoscy miejscowi górale, to nie prostota i rustykalne dania. To najlepsze smaki, elegancja serwowania i nietuzinkowe połączenia. Tak, to mnie zaskoczyło, bo miałem inne zdanie na temat Trentino. Jednak region ten zrobił na nas ogromne wrażenie. Szczególnie kulinarne i winiarskie, jeśli się tak mogę wyrazić.

Ale o tym co widzieliśmy w Merano i jakie to zrobiło na nas wrażenie opowiem w kolejnej części naszej tyrolskiej wyprawy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *